Amerykańskie lewactwo nie składa broni i próbuje za wszelką cenę zapewnić prezydenturę Hillary Clinton!

0
4868

Praktycznie wszystkie lewackie media, zwane za oceanem „liberalnymi”, wspierają dziwaczną kampanię mającą za zadanie przeforsowanie mimo wszystko wyboru na prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, nie wybranego de facto Donalda Trumpa, tylko jego konkurentkę, Hillary Clinton.

Nie zapominajmy, że zaprzysiężenie nowego prezydenta USA nastąpi dopiero 20 stycznia, a do tego czasu wiele się jeszcze może zdarzyć. Przede wszystkim do sensacji może dojść już podczas formalnego zebrania Kolegium Elektorskiego, które właściwie odpowiada za wybór przyszłego prezydenta USA. Lewackie media od 8 listopada przekonują elektorów, żeby głosowali inaczej niż reprezentowani przez nich obywatele. Zwykle tak się nie dzieje i elektorzy głosują na tego kogo wskazał dany stan, ale teraz stworzono wrażenie istnienia „wyższej konieczności” spowodowanej przez „błędy demokracji”.

Aby jakoś uzasadnić tę hucpę wymyślono najpierw fale inspirowanych protestów w stylu polskiego KOD, potem postanowiono, że paliwem do jątrzenia będzie ponowne przeliczenie głosów w Wisconsin, gdzie według ultralewackiej planktonowej kandydatki Zielonych, Jill Stein, doszło do oszustw wyborczych. Do jej groteskowej skargi dołączyła się oczywiście szachrajka Clinton, która liczyła, że podobne procedury zostaną dokonane w Pensylwanii i Michigan. Ostatecznie w tym ostatnim stanie po przeliczeniu okazało się, że i tak wygrał Trump, więc na nic to się zdało.

Jako powód potrzeby przeliczenia wyników wyborów wskazano możliwość cyberataku ze strony rosyjskich hakerów, co mogło wpłynąć na wynik wyborów. Szkopuł w tym, że to amerykańscy lewacy nazywający się nie wiedzieć czemu „liberałami”, chcą wpłynąć na wynik wyborów. Otwarcie kwestionują system elektorski będący zabezpieczeniem przed tyranią bardziej liczebnego motłochu. Na dodatek lewicowe media zaczynają sugerować, że wybór Trumpa to pomyłka i establishment musi coś wymyślić, aby nie doszło do zaprzysiężenia takiego prezydenta.

Padają sugestie, że nie wszyscy elektorzy będą głosować na Kolegium tak jak zobowiązują ich stanowe wybory. Słychać o jakichś buntach, rezygnacjach. Histeria zaczyna być odczuwalna nawet w tym ciele ustanowionym przez ojców założycieli USA. Lewica nie składa jeszcze broni czego dowodem jest właśnie to ponowne liczenie, które ma sprawić wrażenie, że odbył się jakiś szwindel. To może być przygotowywanie społeczeństwa na jakieś planowane wydarzenia.

Nie można zapominać, że do zaprzysiężenia 45 prezydenta są jeszcze dwa miesiące i wiele się jeszcze może zdarzyć. Wyjściem awaryjnym lewicy może być nieuczciwe pozyskanie przewagi poprzez manipulowanie elektorami. Są to zwykle ludzie nominowani przez partie i uważani są za przewidywalnych. Kandydaci na elektorów danego kandydata na prezydenta stają się elektorami zobowiązanymi do oddania swojego głosu zgodnie z wcześniejszą przysięgą.

Mimo to w amerykańskim prawie istnieje coś takiego jak faithless elector, czyli wiarołomny elektor. Na przestrzeni lat wiele razy zdarzyło się tak, że elektorzy głosowali na innego kandydata niż wskazywały wybory. W niektórych stanach za takie odstępstwo można nawet trafić do więzienia. Warto jednak zaznaczyć, że dotychczas ani razu głosy wiarołomnych elektorów nie zmieniły w istotny sposób wyników wyborów. Czy tym razem będzie inaczej?

Komentarze:

komentarzy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ