Dzisiejsza opozycja: zakompleksieni proeuropejscy fanatycy!

1
16562

Opiszę dziś denerwujące, przykre, nieuleczalne, ale bardzo popularne w Polsce zjawisko psychologiczno-socjologiczne. Chodzi o nieszczęśliwe osoby, które mają potężne kompleksy na punkcie swojej „przynależności” do Europy. Na domiar złego – kompleksy te wykorzystywane są w sposób polityczny przez partie prounijne (PO, Nowoczesna, PSL, SLD, Razem) oraz powiązane z nimi media (TVN, GW, liczne tytuły niemieckie i żydowskie). Opisywane zjawisko dotyczy Polaków, urodzonych mniej więcej pomiędzy 1945 a 1975 rokiem (oczywiście nie wszystkich, ale większość). Młodsi nie pamiętają komunizmu i są wolni od tych kompleksów, z kolei starsi doskonale pamiętają, z której strony przyszedł Hitler, więc podchodzą do zachodu z pewnym dystansem. Z kolei osoby, rodzone w latach 1945-75 nie pamiętają wojny, a w czasie upadku PRL byli już na tyle ukształtowani poglądowo i zakompleksieni wobec zachodniej Europy, że pozostaną tacy do końca swoich żywotów.

Zacznę od rysu historycznego. Po 1945 roku, do pewnego momentu wszystko w komunistycznej Polsce szło całkiem nieźle (gospodarczo, bo społecznie trwał stalinizm z wszystkimi jego „frykasami”, które odczuwalne są do dzisiaj). W latach powojennych Polska rozwijała się dosyć szybko, głównie z powodu pracowitości i umiejętności samych Polaków. Kraj był zrujnowany wojnami i zaborami, ale zmotywowana i wykształcona kadra szybko postawiła go na nogi, na bazie euforii po odzyskaniu niepodległości (w XX-leciu Międzywojennym trzeba było się intensywnie zbroić, a nie myśleć o elektryfikacji i wodociągach, więc de facto odbudowa Polski po rozbiorach zaczęła się dopiero w 1945 roku). Na odbudowę ciężko wówczas harowali praktycznie wszyscy – nie to co teraz, gdy połowa Polaków nie pracuje w ogóle, a połowa z tych, którzy teoretycznie pracują – nie wnosi nic pozytywnego do gospodarki. W latach powojennych Polacy byli przekonani, że kraje Układu Warszawskiego to najbardziej rozwinięte tereny na świecie (może z wyjątkiem USA, bo oni zawsze byli ‚krok do przodu’ i nie musieli odbudowywać zniszczeń wojennych). Nie było w tym wiele kłamstwa – oczywiście liderem bogactwa nie byliśmy, ale nasze tempo rozwoju budziło podziw w wielu częściach świata. Zniszczona Warszawa powróciła jak Feniks z popiołów, dzięki wysiłkowi całego narodu. W Polsce pojawiły się nowoczesne technologie inżynieryjne (głównie dzięki wykradnięciu ich z zachodu przez radzieckich szpiegów). W czasach powojennych w zachodniej Europie wcale nie żyło się lepiej, niż w Polsce – panowało tam stosunkowo duże ubóstwo. Czytałem ostatnio obszerną historię zespołu The Beatles, którego członkowie dorastali w powojennym Liverpoolu – opowiadali, że bieda aż tam wtedy piszczała. Z kolei w Hiszpanii stopa życiowa była wówczas nawet niższa, niż w Polsce (dlatego Polacy nie mieli powodów do kompleksów wobec zachodu, tym bardziej, że łączność z zachodem była zablokowana, nie było mass-mediów i internetu, zamiast tego miała miejsce całkiem skuteczna komunistyczna propaganda sukcesu).

Wszystko zaczęło się zmieniać w latach 60-tych. Polska w sposób polityczny zmuszona była do coraz większego eksportu swoich cennych dóbr i towarów do innych państw „wspólnoty”, na czym wychodziliśmy jak Zabłocki na mydle. Do tego dochodziły kolejne „wspaniałe” komunistyczne pomysły i reformy, które zarzynały gospodarkę. Dlatego Polska rozwijała się coraz wolniej, podczas, gdy na zachodzie trwał boom gospodarczy (dzięki zastosowaniu dużych swobód obywatelskich i wolnorynkowych). W latach 1945-65 szliśmy z zachodem niemal „łeb w łeb”, ale po 1965 roku nożyce dobrobytu między wschodem a zachodem zaczęły się szybko rozwierać. Coraz więcej Polaków zaczęło wyjeżdżać na zachód, gdzie na własne oczy widzieli, że różnice w stopie życiowej są coraz większe (później chętnie opowiadali o tym w kraju, budząc frustrację i kompleksy społeczeństwa). Popularne zaczęły być stacje radiowe, nadawane z krajów zachodu, których po nocach słuchali Polacy. Końcówka lat 60-tych to zmiana świadomości Polaków – od tego momentu zaczęła się rodzić moda na wszystko to, co z zachodu oraz panowała coraz większa pogarda dla komunizmu.

Polacy w latach 60-tych zdali sobie sprawę, że na zachodzie ludziom żyje się lepiej. W latach 70-tych sytuacja tylko się pogłębiła – Polska była wówczas bodajże szóstym krajem świata pod względem wydobycia węgla (ustępując tylko krajom wielokrotnie większym). Dotychczas „czarne złoto” zapewniało Polsce względny rozwój, jednak jego cena eksportowa zaczęła spadać (podobnie jak cena stali i innych wyrobów przemysłu ciężkiego). Komunistyczne władze zignorowały te wskaźniki i nadal inwestowały w wielki przemysł (np. w 1972 roku rozpoczęto budowę gigantycznej Huty Katowice oraz nowego, milionowego miasta w Zagłębiu Dąbrowskim, które miałoby być dla niej zapleczem kadrowym – dopiero po wybudowaniu około 30% huty i miasta zorientowano się, że ta „inwestycja” nie ma najmniejszego sensu). Ceny węgla i stali spadały, więc w Polsce narastała frustracja. Pojawiły się pierwsze anteny satelitarne, Polacy na własne oczy zaczęli oglądać, jak wygląda życie na zachodzie. Wielu Polaków po 1970 roku wyemigrowało na zachód, a w listach do rodzin w kraju opisywali, że ich życie w nowym miejscu stało się dużo lepsze (na poparcie swoich słów dołączano twardy dowód w postaci banknotu X-dolarowego). Kompleksy wobec zachodu narastały – gdy w Polsce brakowało towarów pierwszej potrzeby, a w zakładach zaczęły się pierwsze masowe antyradzieckie strajki – na zachodzie trwał sex, drugs i rock&roll oraz dziwki, koks i tajski boks (właśnie wtedy zaczął się tam upadek moralny społeczeństw, skutkujący dzisiaj islamizacją, ale to całkiem inna historia). Ważnym wydarzeniem była Olimpiada w Moskwie w 1980 roku (słynny „gest Kozakiewicza”), gdy Polacy nabrali kolejnych kompleksów oraz ciągotek do zachodu. W tym samym roku powstała „Solidarność”, ludzie zaczęli wyrażać masowe niezadowolenie z życia w ustroju komunistycznym. Całe lata 80-te to apogeum nabierania kompleksów wobec zachodu. Polacy coraz liczniej podróżowali do zachodnich Niemiec, gdzie oglądali domy handlowe, z półkami uginającymi się od luksusowych towarów (podczas, gdy w Polsce na sklepowych półkach stał przysłowiowy ocet). Wskutek tych obserwacji – kompleksy narastały do niewyobrażalnych rozmiarów. Ustrój komunistyczny chylił się już wtedy ku gospodarczemu upadkowi, jego najważniejsi przedstawiciele nawet nie próbowali ratować tego trupa, skupiając się na przygotowywaniu „spadochronów”, aby dobrze uwłaszczyć się w nowym systemie (co im się niestety świetnie udało). Podsumowując – w latach 1965-1989 Polacy wpatrzyli się w zachodnią Europę, jak w obrazek (mieli ku temu oczywiste powody, głównie chodziło o stopę życiową).

Wszystkie wydarzenia do tego momentu były niejako przypadkowe – starły się dwie potężne ideologie (komunizm i kapitalizm), z których jedna wyszła zwycięsko, a druga wyszła upodlona i zakompleksiona. Był to jednak efekt „eksperymentu” na dużą skalę. Eksperyment się nie udał, pacjent (Układ Warszawski) zmarł. Dalsza część zjawiska masowych kompleksów to już spryt podstępnych sił postkomunistycznych, które postanowiły te kompleksy wykorzystać do własnych interesów. Głównym zadaniem postkomunistów było wykreowanie się wśród zakompleksionych Polaków w nowej, antykomunistycznej i „europejskiej” roli. Zaczęło się już w roku 1989. Znana aktorka powiedziała w telewizji, że „w Polsce skończył się komunizm„. Polacy oszaleli ze szczęścia. W sklepach pojawiły się liczne towary i usługi, usypiając czujność społeczeństwa. Polacy, co zrozumiałe, zachowywali się jak pies, który po latach niewoli zerwał się z łańcucha – przez pierwsze chwile, ostatnią rzeczą, jaką ten pies zrobi jest pilnowanie własnego podwórka. W tym czasie uwłaszczała się postkomunistyczna agentura, transferując siebie, rodziny i przyjaciół w system kapitalistyczny. Złodziejstwo aż huczało, szalała hiperinflacja, a Balcerowicz „schładzał” gospodarkę, gdyż była ona „przegrzana”. Zapewniono przywileje emerytalne komunistycznym funkcjonariuszom, realizowano politykę „grubej kreski”, zaniechano lustracji i weryfikacji. Aby uśpić czujność społeczeństwa – na pierwszego prezydenta wykreowano idola zakompleksionych na punkcie zachodu tłumów – Lecha Bolęsę Wałęsę. W Polsce zainstalowała się też Fundacja Batorego, stworzona przez George Sorosa, którą kierował człowiek z zaufanej, żydostalinowskiej rodziny – Aleksander Smolar. Inny członek magnaterii żydostalinowskiej – Adam Michnik jeszcze przed upadkiem PRL otrzymał największe polskie drukarnie, aby móc wydawać postkomunistyczną i antykatolicką Gazetę Wyborczą. Jego kolega, Jerzy Urban zaczął wydawać wściekle antykatolicki tygodnik. Oczywiście najbardziej znienawidzonych komunistów (Jaruzelski, Kiszczak) siłą rzeczy nie próbowano kreować na bohaterów pozytywnych (tego byłoby już za wiele), jednak zapewniono im życie w „luksusowym cieniu”, wolne od wyroków sądowych (jedynym człowiekiem, który siedział w więzieniu w sprawie procesu Kiszczaka jest Zygmunt Miernik, który rzucił tortem w odwlekającą proces sędzię). Przebranie garnituru z komunistycznego na kapitalistyczny udało się nadspodziewanie dobrze (z małym, acz szybko ukręconym „incydentem”, jakim był rząd Jana Olszewskiego w 1992 roku). Komuniści stali się tak zuchwali, że dosyć szybko wyrzucili na śmietnik swój „bezpiecznik” – Lecha Wałęsę, który był dla nich dużym poniżeniem (podrzędny, imbecylowaty kapuś piastował główne stanowisko w kraju). Zastąpiono go zasłużonym towarzyszem komunistycznym, Aleksandrem Kwaśniewskim. Premierami byli wówczas m.in. Tadeusz Mazowiecki, Józef Oleksy oraz Włodzimierz Cimoszewicz, czyli legendy PZPR.

Antyfaszyści i lewaki

Bardzo ważne znaczenie dla rozwoju sytuacji miał przykry fakt, że zachodnia Europa regularnie skręcała w lewo i w czasie upadku PRL nie była już tą samą sielankową Europą, wobec której Polacy nabrali kompleksów. Początkowo polskojęzyczni postkomuniści chcieli po cichu odbudowywać geopolityczny sojusz z Rosją (otwarcie mówiono o budowie wschodniego sojuszu wojskowego, który miałby być alternatywą dla NATO). Jednakże Rosja w latach 90-tych nie była zbyt poważnym partnerem do rozmów. Był to jeden wielki burdel, na którego czele stał niezbyt rozgarnięty alkoholik – Borys Jelcyn. Naturalną więc koleją rzeczy w takich warunkach było zbliżenie się postkomunistycznych „elit” polskojęzycznych z bolszewizującą się Unią Europejską. Postkomuniści czuli się bardzo silni, wpadli w takie samouwielbienie, że zaczęli walczyć między sobą o wpływy, np. Afera Rywina i Michnika (bolszewicy mają to do siebie, że im mniej mają rywali zewnętrznych, tym bardziej żrą się między sobą o stołki i pieniądze). W tej sielance postkomuniści kompletnie nie zauważyli radykalizującego się, dorastającego pokolenia „dzieci stanu wojennego” (czyli m.in. mnie), którzy pomimo niezłego wykształcenia byli upodleni wysokim bezrobociem, żenująco niskimi płacami i wprowadzanym właśnie „instrumentem mobilności kadrowej”, czyli umowami śmieciowymi. Kto pamięta rynek pracy z lat 1999-2002, ten doskonale wie, o czym mówię – kto nie miał znajomości, mógł co najwyżej za psie pieniądze sprzedawać odkurzacze, albo cudowne proszki Amway. Młodzi Polacy, nie pamiętający PRLu traktowani byli jak bydło robocze, które miało pracować za miskę ryżu na szybko powstające fortuny pseudokapitalistów. Frustracja i bieda ówczesnej młodzieży została zignorowana przez „elyty”, co obecnie mści się na postkomunistach i prawdopodobnie będzie gwoździem do ich trumny (ale to całkiem inny temat).

Znów niepotrzebnie się rozpisałem o latach 90-tych, ale byłem wtedy nastolatkiem i chłonąłem te dziwne czasy, jak gąbka wodę. Gdy wpadnę w trans pisania o latach 90-tych, to trzeba mnie uszczypnąć, żebym wrócił do głównego tematu, czyli do osób zakompleksionych Europą, z pokolenia 1945-75 (a więc kilkunastu milionów Polaków). Po tym, co przeżyli oni w latach 1965-89, zrobiliby oni dosłownie wszystko „w imię Europy”. Gdyby Europa nasrała im na klatę – rozsmarowaliby oni tego kloca, osiągając stan nirwany. Bezkrytyczne uwielbienie wszystkiego tego, co „z zachodu” to bardzo smutna przypadłość i nieuleczalna choroba, ale nie należy śmiać się z tych osób, bo dorastały one w warunkach ekstremalnych. Należy próbować ich zrozumieć, co myślę, że niektórym ułatwiłem, opisując rys historyczny i genezę choroby. Zresztą w innych krajach postkomunistycznych ten syndrom także występuje, a w krajach byłego ZSRR jest nawet większy (np. u Ukraińców, którzy daliby się pokroić za zbliżenie z Unią Europejską). Polska weszła do UE w 2004 roku, czyli już w momencie, gdy wspólnota zaczynała chorować na lewackiego raka mózgu. Pamiętam, że przed referendum akcesyjnym miała miejsce intensywna kampania informacyjna na temat Unii Europejskiej (jej główną twarzą był Bogusław Wołoszański, zresztą jak się później okazało – TW). W tejże kampanii uderzyło mnie to, że była ona w 99% prounijna. Nie mówiono o żadnych minusach, tylko o plusach. Popularny był telewizyjny program „Europa da się lubić”, którego tytuł mówi sam za siebie. Wszelkich przeciwników Unii traktowano, jak oszołomów i psychicznych. Wynik referendum był oczywisty, zwłaszcza, że kilkanaście milionów Polaków miało gigantyczne kompleksy wobec przynależności do zachodniej Europy, wyniesione z czasów PRL.

W kontekście opisywanych problemów przypomniał mi się właśnie świetny film dokumentalny „Szczurołap”. Każdemu polecam go zobaczyć, trwa raptem 20 minut, a jest niebywale pouczający, ponadto zdjęcia są wręcz genialne (niestety na youtube jakość obrazu jest słaba, ale lepszy rydz, niż nic). Pierwsze 3 minuty (scena w laboratorium) można przewinąć. Film ukazuje historię tytułowego Szczurołapa, który ma za zadanie wytępić szczury z dużej rzeźni. Z góry uprzedzam – nie mam intencji porównywania kogokolwiek do szczurów, porównuję jedynie bliźniacze zachowania (szczury mają wiele wspólnego z człowiekiem, nieprzypadkowo wykonuje się na nich liczne eksperymenty behawioralne). Film „Szczurołap” musieli wziąć sobie do serca postkomuniści, bo postępują dokładnie tak samo – najpierw zjednują sobie pożytecznych idiotów, a potem – ciach… W 16 minucie filmu zaczyna się kluczowa scena. Główny bohater wysypuje trutkę, mówiąc: „tak mi ufają, że leżą trupy obok, zdychają, a następne ciągle jedzą. Zaufały do końca. Nie przyjdzie im do głowy, że ja mogłem je oszukać, zdradzić„. Dokładnie tak samo jest z zakompleksionymi euroentuzjastami. Oni zaufają do końca i nigdy nie przyjdzie im do głowy, że z zachodu mogłoby przyjść jakiekolwiek zagrożenie. Dlatego z entuzjazmem zgodzą się oni na wszystko, co przyjdzie z zachodniej Europy – kwotowy przydział nachodźców islamskich, podwyżkę podatków, kolejne dyrektywy i regulacje, walutę Euro, neokolonializm gospodarczy kapitału zachodniego, zaostrzanie swobód obywatelskich, pijanego Junckera, który robi wiochę w Watykanie i właściwie wszystko, czego tylko zażyczy sobie Bruksela. Jest to bardzo ważne w tym kontekście, że Unia Europejska ma obecnie gigantyczne problemy wewnętrzne i nie wykazuje żadnej długofalowej strategii do ich rozwiązania. Gdyby Unia była krainą mlekiem i miodem płynącą – pewnie każdy byłby jej zwolennikiem. Jednakże jest odwrotnie, więc euroentuzjaści „na dobre i na złe” są dla Brukseli na wagę złota. W Polsce są to właśnie osoby w pokolenia 1945-75, mocno zakompleksione na punkcie zachodniej Europy. Widać to zresztą doskonale na wiecach środowisk KOD, spotkaniach z Michnikiem, imprezach typu „wspólne śpiewanie Ody do Radości”, gdzie osoby z opisywanego pokolenia stanowią ponad 95% frekwencji (nie ma tam w ogóle młodzieży, ale nie ma też osób bardzo starych, pamiętających czasy wojny). Sam Michnik to też idealny przykład na zachowanie ze „Szczurołapa”. Pan Adam w czasach PRL był rzekomo gnębiony przez komunistyczne służby (choć de facto plażował sobie we Francji) i teraz żadnemu jego wyznawcy nie przyjdzie do głowy, że Michnik mógłby zbratać się z komunistami.

Agnieszka Holland często przywozi do Polski „opinie z zagranicy”

Mediom i politykom postkomunistycznym nie można odmówić cwaniactwa i sprytu. Dlatego środowiska te doskonale wiedzą, za który sznureczek mają pociągnąć i w które miejsce wbić szpileczkę, aby wyzwolić odpowiednie emocje wśród osób zakompleksionych na punkcie Europy. Bardzo popularna i skuteczna jest metoda medialna z serii: „co na zachodzie o nas powiedzą?„, która ma wywołać przerażający wstyd u „euroentuzjastów”. Na stronie „Żelaznej logiki” jest dział „zagranico”, gdzie ukazane są liczne tego przykłady. Na melodię wywoływania wstydu zorganizowano pikietę KOD w sprawie przepraszania Francji za brak kupna „Caracali” (pisałem o tym TUTAJ). Swoją drogą pan Konrad Materna, znany też jako „człowiek-helikopter”, przemawiający na TYM filmiku od 13 minuty oskarżony jest o członkostwo w zorganizowanej grupie przestępczej, handlującej polskimi kobietami w zachodnioeuropejskich burdelach. Niedawno w mediach propisowskich głośna była afera, dotycząca „wytycznych” o charakterze proniemieckim, jakie miał wydawać Mark Dekan dla swoich podwładnych z niemieckich gazet firmy Ringier Axel Springer. Media lewicowe starały się o tym nie mówić z oczywistych względów, ale mimo wszystko „honor” zakompleksionych euroentuzjastów „uratowali” Sewek Blumsztajn z Jackiem Żakowskim, którzy wysłali przeprosiny dla Niemców. Wszak nie po to się tyle namęczyli, żeby zbliżyć się do Europy, żeby teraz mieć pretensje do naszych odwiecznych przyjaciół zza Odry. Polak, dla własnego dobra, niech lepiej słucha Niemca, bo inaczej znów powtórzy Jedwabne czy holokaust…

Kolejny przykład to nasza ulubiona Gazeta Wyborcza. Proszę w google wpisać sobie frazę: „Reakcje Francuzów na ostatnie wydarzenia w Polsce”, wyświetli się znamienny filmik (nie daję linka, żeby nie pozycjonować im strony). Funkcjonariuszka Gazety podjudza tam Francuzów na ulicach Paryża, aby wypowiadali się negatywnie na temat Polski. Ja, gdy to widzę – odczuwam żenadę wskutek słabej jakości manipulacji, bo ci Francuzi pewnie nawet nie wiedzą, co to jest Polska, ale po takim podjudzeniu – nie mają oni wyboru i muszą nasz kraj skrytykować (kto tego nie zrobił – nie załapał się do reportażu). Jednakże, gdyby ten sam filmik z Paryża pokazać osobom zakompleksionym na punkcie Europy – zapadłyby one się pod ziemię, a niejedna pewnie wpadłaby w histerię, wszak Francuzi nas krytykują, koniec świata, demony przeszłości powracają, nieprzespana noc… Mnie osobiście krytyka (nawet szczera, nie mówiąc już o tej sztucznej, podjudzonej) ze strony obywateli państw zachodu Europy obchodzi mniej więcej tak bardzo, jak to, że pan Zdzisław z drugiego końca Polski kupił kilogram ogórków małosolnych. Czyli wcale. Jednakże, gdybym był 20 lat starszy – pewnie moje podejście do tego tematu byłoby diametralnie inne, a po usłyszeniu krytyki ze strony Francuza miałbym zepsuty cały dzień, a w nocy telepał się ze złości. Na szczęście urodziłem się na tyle późno, że „nie załapałem” się na kompleksy wobec zachodu.

Screenshoty z gazety.pl nastawione na odbiorcę zakompleksionego wobec Europy zachodniej, dużo więcej można tego znaleźć w „Gazetoidzie” (dział prasówka w górnym menu)

Zjawisko wykorzystania ludzi zakompleksionych na punkcie Europy jest dosyć kuriozalne. Wszak kompleksy u tych osób powstały wskutek ustrojowych niedoskonałości komunizmu, a teraz oni próbują leczyć je poprzez… bezkrytyczne posłuszeństwo dla obozu postkomunistycznego (gdybym miał wymieniać nazwiska wszystkich komunistów, którzy obecnie są euroentuzjastami, to ten tekst zająłby 3 razy więcej powierzchni). Z własnych obserwacji wiem jednak, że szeregowi zwolennicy KOD, PONowoczesnej i Unii Europejskiej sami często należeli do PZPR (tzn. nie byli działaczami, tylko zapisali się do partii dla świętego spokoju i ułatwień życia codziennego, np. większa szansa na przydział mieszkania). Ciągnie swój do swego, tylko pod innym przebraniem. Nawet podejście do odmienności mają oni typowo bolszewickie, wszystkich przeciwników ideowych oskarżając o faszyzm. Wydaje mi się, że po obu stronach występuje tzw. „syndrom wyparcia”. Obecnie w mediach panuje duża moda na chwalenie się swoją „opozycyjnością” z czasów PRL. Dosłownie wszyscy 50-70-latkowie chwalą się teraz, że regularnie napierdzielali się z ZOMO. Stała śpiewka uczestników marszów KODu wobec młodych to : „synku, gdy ja walczyłem z ZOMO, to ty sikałeś w pieluchy, albo cię jeszcze nie było w planach”. Problem w tym, że w całym Stanie Wojennym tragicznie zginęło raptem 40 osób (z czego 9 to górnicy z ‚Wujka’) – cały naród wojował z ZOMO na śmierć i życie (na czele z Krzysztofem Skibą, Ryszardem Petru i 12-letnim Mateuszem Kijowskim), a przez niemal 2 lata epickich walk ulicznych zginął jeden „wojak” na milion, a wśród ZOMO-wców nikt. Ciekawa statystyka. Obecnie nawet zasłużeni komuniści kreowani są medialnie na zażartych opozycjonistów, ostatnio załapał się nawet Jerzy Dziewulski…

Kilkunastomilionowe pokolenie „kompleksiarzy europejskich” miało fundamentalny wpływ na wyniki wszystkich wyborów po 1989 roku. Te osoby są niereformowalne i już zawsze będą głosować na tego, którego po plecach poklepie Bruksela. Jednakże demografia jest nieubłagana – na rynek wyborczy dumnie wkroczyli młodzi, którzy wolni są od kompleksów na tle Europy. Z nimi jest wręcz odwrotnie, niż z ich rodzicami i dziadkami, młodzi często są eurosceptyczni, bo doskonale widzą, jaki syf obecnie dzieje się na zachodzie. 50 lat temu ktoś opowiadał o niemieckich domach handlowych, a całe miasto sikało z zazdrości. Dzisiaj jest internet, a bilety lotnicze kosztują grosze. Młodzi na własne oczy widzą, co się dzieje na świecie. Nie dość, że nie mają oni kompleksów na tle Europy, to w dodatku zaczynają być coraz bardziej dumni z bycia Polakami. Bardzo mnie cieszy ta wymiana, ale nie o tym temat.

Obecnie zakompleksione pokolenie z lat 1945-75 liczy ponad 10 milionów osób, co daje około 35% Polaków uprawnionych do głosowania. Oczywiście wiele z tych osób nie dało się zmanipulować TVNowi, ale z drugiej strony polityczna zbieranina proniemiecka może liczyć na głosy „żelaznego elektoratu”, czyli urzędników, sądownictwa, penitencjariuszy, lewaków i idiotów, więc te 35% jest realne (na szczęście połowie z nich nie będzie się chciało pójść zagłosować). Tendencja liczebna pokolenia kompleksiarzy jest spadkowa, gdyż pokolenie to wchodzi w grupę wieku o zwiększonej umieralności (nikt nie żyje wiecznie, a zwłaszcza osoby zakompleksione i zestresowane). Dlatego raczej nie wygrają już żadnych wyborów, ale jeszcze przez dłuższy okres są w stanie być drugą siłą polityczną, czyli ‚opozycją totalną’, zdolną do blokowania wszelkich dużych reform. Tym bardziej, że stoją za nimi największe grupy medialne, karmiące ich regularnie Permanentną Rewolucją. Opisywane środowisko pod koniec 2015 roku zostało zmobilizowane pod szyldem KOD – wystarczy zresztą zobaczyć zdjęcia z ich manifestacji, żeby oszacować wiek uczestników, odpowiadający latom urodzenia 1945-75.

KOD powstał odgórnie, właśnie na bazie kompleksów wobec Europy zachodniej. Na ich spędach zawsze było więcej flag unijnych, niż biało-czerwonych. KOD jednak szybko się wypalił, obecnie będąc szczytem obciachu. „Oficjalnym” powodem upadku KOD jest żałosna osoba Mateusza Kijowskiego i jego słynne faktury, ujawnione w styczniu 2017, ale według mnie degrengolada zaczęła się już wcześniej (koniec KOD prognozowałem już w tekście z 2 sierpnia 2016). Sympatycy KOD od samego początku byli zbyt nasyceni, aby cokolwiek wywalczyć i na koniec im się zwyczajnie znudziło uliczne pajacowanie. Udane rewolucje zawsze robili ludzie, mówiąc kolokwialnie, wkurwieni. Nienasyceni, głodni, dyskryminowani, odczłowieczeni, oszukani, przyparci do muru. A KOD? Byli to głównie nieźle sytuowani emeryci (ich emerytury często nie są powalające, ale i tak są dużo wyższe, niż otrzyma młode pokolenie, harujące na obecnych emerytów). Uśmiechy, bębenki, wuwuzele, przypinki, tańce, koncerty muzyczne, znani aktorzy i celebryci. Obrona Trybunału Konstytucyjnego, o którego istnieniu jeszcze w wakacje 2015 nie mieli zielonego pojęcia (gdyż TVN nie powiedział, że Platforma wybrała sobie wtedy sędziów na zapas). KODowcy mają po prostu dużo czasu na pierdoły, więc postanowili wrócić do młodości i zabawić się w rewolucję. Znudziło im się jednak po niecałych 6 miesiącach, zamieniając ulice na internet (od wakacji 2016 KOD nie zorganizował nic dużego), a po zimowych wyczynach Kijowskiego całkowicie przestali się identyfikować ze swym „rewolucyjnym” ruchem (ostatnio sprawdziłem, że KODowi spada liczba lajków na pejsbuku – mają więcej cofnięć, niż nowych polubień, pomimo ogromnej technicznej promocji przez portal Zuckerberga). Środowisko „zakompleksionych euroentuzjastów” jest schyłkowe, nierokujące, a najlepsze lata ma już za sobą. Ich stalinowskie „elyty” nie zadbały o młodych i teraz ponoszą tego konsekwencje. Aby ocenić kondycję emocjonalną tego środowiska – wystarczy włączyć sobie dowolny filmik ze spotkania Adama Michnika ze swoimi wielbicielami. Za każdym razem wygląda to tak samo – Michnik prawi dekadenckie smuty, nie mając żadnego pomysłu na przyszłość swojego środowiska, ożywiając się tylko w czasie wspomnień o złotych latach „opozycyjnej” młodości. Podobnie reaguje podstarzała widownia, której grobowe miny rozpromieniają się tylko na wieść o starych, dobrych czasach PRL.

Jakby tego było mało – sama Unia Europejska pogrąża się w wielkim kryzysie, a jej siła przyciągania jest coraz mniejsza. Jeszcze do niedawna stawiano Polakom za wzór Szwecję, Francję, Niemcy, Wielką Brytanię, Włochy. Obecnie te kraje borykają się z gigantycznymi problemami imigracyjno-finansowymi, z których prawdopodobnie nigdy nie wyjdą, w dodatku w całej Europie w siłę rosną nacjonaliści. Nikt już nie stawia konkretnych krajów zachodniej Europy za wzór, bo od razu zostałby wyśmiany przez młodzież, a nawet przez swoich. Taka Agnieszka Holland jeszcze do niedawna w każdym wywiadzie mówiła w kółko: Francja, Francja i Francja. Dzisiaj już o Francji nic nie mówi, bo wypomnieliby jej terroryzm, islam, nacjonalizm, zadłużenie… Dzięki zabiegom socjotechnicznym – obecnie dla „zakompleksionych” wzorem jest jakaś mityczna „Unia Europejska”, ale bez wymieniania konkretnych jej terenów. Po prostu „Unia”, tak, jakby to było jakieś niedoścignione eldorado na innej planecie. Młodzi tego nie kupują, ale „kompleksiarze” owszem, wszak są tak „urobieni”, jak w 16 minucie „Szczurołapa” i do końca życia pójdą w „Europę”, jak w ogień. Media lewicowe doskonale o tym wiedzą, więc od dłuższego czasu tworzą propagandę o tym, że wkrótce dojdzie do Polexitu. Dla osób zakompleksionych na punkcie Europy nie ma nic gorszego, niż Polexit, bo kojarzy im się on z mrocznymi latami PRL i pustymi półkami w sklepach. Ustrój komunistyczny upadł z powodów gospodarczych, ale pokolenie „zakompleksionych” przekonane jest, że oni „własnymi ręcami” obalili komunizm, bo inaczej funkcjonowałby on do dzisiaj. Dlatego potencjalny Polexit to na nich najskuteczniejszy straszak, anulujący najważniejsze „dokonanie” całego ich pokolenia (jakim jest zbliżenie z zachodnią Europą).

Rzekomy Polexit nie jest jeszcze sprecyzowany przez judzące media – nie wiadomo, czy Polska sama miałaby opuścić Unię wskutek decyzji „opętanego karakana”, czy też mielibyśmy być z niej wydupczeni z wielkim hukiem, wskutek „braku przestrzegania europejskich zasad”. W mediach typu TVN naprzemiennie promowane są obie wersje (wbrew jakimkolwiek przesłankom, ale kogo by to obchodziło). Celem jest oczywiście podjudzenie i zmobilizowanie pokolenia dzisiejszych 60-latków, ale oni już i tak są podjudzeni do granic możliwości, więc strasznie Polexitem nic tu nie da, poza utrzymaniem zakompleksionych dusz. Tu trzeba zacząć walczyć o młodych, ale odchodzący układ nie jest w stanie tego zrobić, oni nawet nie wiedzą, dlaczego przegrali ostatnie wybory (jak to ładnie ujął Bronisław Wildstein: „Elity naszego świata każdą swoją klęskę muszą tłumaczyć obłędem zbiorowości„). Schyłek środowiska bezkrytycznych euroentuzjastów dobitnie obnaża historia Lecha Wałęsy, który po wielu latach niebytu nagle powrócił jako niekwestionowany autorytet. Do niedawna mówiono o nim albo pogardliwie, albo wcale (czyli tak, jak na to zasługuje). Jest on jednak w kręgach „zakompleksionych” symbolem zacieśnienia stosunków z Europą, więc środowisko, które nim gardzi z powrotem poniżyło się, wyciągnęło go z kapelusza i zrobiło z podrzędnego kapusia ważny autorytet.

19 kwietnia 2017 środowisko „zakompleksionych euroentuzjastów” dostało pożywkę w postaci przyjazdu „króla Europy”, Donalda Tuska do Warszawy na przesłuchanie (wcześniej przez kilka tygodni promowano jego reelekcję w stosunku 27:1). Wizytę w lewicowych mediach rozprowadzono tak, jakoby Tusk był „blisko ludzi”, bo przyjechał pociągiem, jak zwykły Kowalski, robiąc mu podwaliny pod kampanię prezydencką (przypomina mi się nieudana kampania Ewy Kopacz, która wąchała ludziom kotleciki w Pendolino). Oczywiście te media nie zanotowały faktu, że na Dworcu Centralnym Donalda Tuska otaczał pierścień 9 rosłych ochroniarzy, których otoczył kolejny pierścień kilkunastu fotoreporterów. Oprócz tego, w okolicy znajdowało się kolejnych kilkudziesięciu „tajniaków”. No, ale „Tusk to swój chłop, co to nie boi się bezpośredniego kontaktu ze społeczeństwem, nie to co kurdupel, który ma osobistą ochronę” (tak nam powie każdy sympatyk TVN24). Na Dworcu Centralnym na Tuska czekał niecały tysiąc zwolenników, w dodatku z idiotycznymi czerwonymi kartkami. Jest to dla mnie niezrozumiałe, że za Tuskiem stoją potężne wpływy, pieniądze, media, agencje PR, agencje wizerunkowe, a powitalny wiec zostaje wyposażony w… czerwone kartki. Przecież te kartki trzeba było zaprojektować, wydrukować, przewieźć, porozdawać – nikt się nie zorientował, że to arcydebilny pomysł, zwłaszcza wobec powitania sympatyka piłki nożnej? W dodatku pod prokuraturą (sic!) odśpiewano mu jeszcze „sto lat”. To tylko pokazuje, jacy „profesjonalni” ludzie obracają się wokół Tuska. Tysiąc osób na Dworcu to śmiesznie mało, biorąc pod uwagę wielką mobilizację oraz siłę medialną tego wydarzenia. Gdy półtora roku temu byłem na manifestacji antyimigranckiej w Katowicach, gdzie było około 15.000 (głównie młodych) ludzi – w żadnych mediach tego nie pokazano (nie licząc kilku krótkich, lokalnych wzmianek tekstowych). Gdy jednak Tuska witało niecałe tysiąc osób (z czego połowa to jego partyjni koledzy i powiązani z nimi dziennikarze) – była to główna wiadomość miesiąca, w GW i TVN24 zrobiono z tego wydarzenia wielogodzinną „relację live”. Powitanie Tuska zainicjowała na Pejsbuku główna podjudzaczka pokolenia europejskich zakompkeksieńców, Krystyna Janda (jak na ironię losu – ulubiona aktorka ulubionego reżysera komunistów, Andrzeja Wajdy). Samo wydarzenie na Dworcu Centralnym przypomina mi wydarzenie dokładnie sprzed 100 lat, czyli przyjazd Lenina z Helsinek do Piotrogrodu, na Dworzec Fiński. Osoba Donalda Tuska prawdopodobnie w ciągu najbliższych miesięcy będzie głównym „mobilizatorem” i motorem Permanentnej Rewolucji dla osób z kompleksami wobec zachodniej Europy. Donald jest dla nich symbolem „Polski w Europie”, choć pewnie większość z tych fanatyków nie potrafiłaby nawet powiedzieć, jak dokładnie nazywa się stanowisko, piastowane przez Tuska. Podobnie nie potrafiliby wymienić ani jednego sukcesu Tuska na tym stanowisku, z kolei na temat brexitu czy kryzysu imigracyjnego zgodnie powiedzieliby, że Tusk nie miał z tymi zjawiskami absolutnie nic wspólnego…

Tak mniej więcej wygląda środowisko „zakompleksieńców”. Mógłbym o tym jeszcze dużo pisać, ale i tak już wyszedł jeden z najdłuższych moich wpisów. Co my możemy z tym zrobić? Niestety, nic. Zostaje nam tylko czekać. Musimy to przykre zjawisko zaakceptować i próbować zrozumieć tych ludzi. W czasach młodości przeżyli oni potężną traumę, jaką było życie w ustroju totalitarnym, a normalnym zjawiskiem jest, że „zły dotyk boli przez całe życie”, więc do końca swoich dni z uwielbieniem będą spoglądali w stronę zachodniej Europy. Oni już się nie zmienią. Wyjścia są dwa – pierwsze (najlepsze) to reforma Unii Europejskiej (pod wpływem wymiany rządów poszczególnych państw na prawicowe i nacjonalistyczne). Euroentuzjaści zawsze będą popierali Brukselę, jaka by ona nie była. Nawet wtedy, gdyby stała się ona antyimigrancka, prawicowa i antylewacka, więc wtedy euroentuzjaści przejdą na prawilną stronę mocy. Szanse na to są jednak małe, zwłaszcza w ciągu najbliższych lat, bo eurolewactwo jest niesamowicie skuteczne w trzymaniu się swoich ciepłych stołków i łatwo władzy nie odda. Bardziej prawdopodobne jest więc drugie, nieuniknione wyjście. Jak pisałem – nikt nie żyje wiecznie. Ja nikomu nie życzę śmierci, ale jednak każdego z nas ona kiedyś spotka. Statystycznie, najbardziej narażone są na nią osoby starsze. Pokolenie ludzi zakompleksionych na punkcie Europy naturalnymi prawami boskimi będzie zastępowane przez młodych, u których zamiast narodowych kompleksów pojawi się narodowa duma.

RacimiR, 25.04.2017, https://bialyrasizm.pl/

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

  1. Witaj/cześć Panie Darku

    może i długi wpis ale dobrze się czyta (dobra ręka).
    Dzięki za precyzyjny opis.
    Sursum corda/jeszcze POLSKA nie zginęła…

    pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here