Eugeniusz Arciszewski – Wielki Polski Wilk Morski

1
375

Eugeniusz Arciszewski, kapitan Żeglugi Wielkiej. Potomek konkwistadora, Krzysztofa Arciszewskiego, syna Eliasza herbu Prawdzic.
Historia na podstawie rozmów autora i zapisków.

Prolog w epilogu

8 lutego 1997 roku statek „Leros Strength” znajdował się w drodze z Murmańska do Świnoujścia. Wiał umiarkowany wiatr o sile 4 do 5 stopni w skali Beauforta z kierunku zachodniego. Wysokość posztormowych fal wynosiła sześć metrów. Woda miała temperaturę od 0 do plus 1 stopnia Celsjusza. Powietrze: 0 stopni Celsjusza. O godzinie 6.50 rano kapitan Żeglugi Wielkiej Eugeniusz Arciszewski wezwał radiostację Logaland Radio przekazując informację, że statek ma uszkodzoną dziobową część kadłuba i nabiera wody. Prosił także o asystę holownika. Ostatnie słowa kapitana: „Od godziny obserwuję, że mój dziób jest pod wodą, i moje pompy zaczęły wypompowywać wodę. Z każdą chwilą jest gorzej i gorzej. Nie jestem w stanie sterować (…) dziób jest coraz głębiej i głębiej w wodzie”. Następnie słychać było w słuchawce tylko zgrzyt. Potem zapadła bezgraniczna cisza. Po dwóch, trzech minutach od ostatniego słowa wypowiedzianego przez pierwszego po Bogu, „Leros Strength” spoczął na głębokości 245 metrów z całą dwudziestoosobową polską załogą statku.

Wiszący w pokoju rodowy herb – Prawdzic, Eugeniusz Arciszewski, wtedy już kapitan jednostki PLO m/s „Brodnica” wyrzeźbił sam, z dębu afrykańskiego. Statek pływał wówczas do Afryki Zachodniej.

W Amsterdamie holenderski pilot zainteresował się herbem, którego kształty rysowały się na zamorskim drewnie. Arciszewski opowiedział mu historię swojej rodziny, a przede wszystkim przedstawił barwną postać Krzysztofa Arciszewskiego, syna Eliasza herbu Prawdzic, pochodzącego ze szlacheckiej rodziny osiadłej w Arciszewie, wsi położonej na Pomorzu Gdańskim. Pilot nie chciał wierzyć, bo jakże to być może, żeby Polak był owacyjnie witany, właśnie tutaj, w Amsterdamie, niczym narodowy bohater siedemnastowiecznej Holandii. Sprawdził w Bibliotece Królewskiej w Hadze odpowiednie dokumenty, a tam czarno na białym podano, że w dniu 18 sierpnia 1638 roku Rada Dziewiętnastu Kompanii Zachodnioindyjskiej mianowała Krzysztofa Arciszewskiego generałem artylerii, pułkownikiem sił lądowych i admirałem sił morskich w Brazylii. Nie było wątpliwości. Kapitan m/s „Brodnica” Eugeniusz Arciszewski jest w prostej linii potomkiem znakomitego admirała, pierwszego polskiego konkwistadora, a na dodatek generała artylerii broniącego Polski przed kozacko – tatarską nawałą.

Niełatwe dzieciństwo

Eugeniusz Arciszewski urodził się w Starosielcach, obecnej dzielnicy Białegostoku. Tam właśnie Arciszewscy dotarli z Pomorza i mieli swój rodowy majątek, który przechodził z pokolenia na pokolenie.

Gdy wybuchła druga wojna światowa, musieli wyjechać w głąb Związku Sowieckiego. Na całe pięć lat. Eugeniusz był wówczas małym smykiem. Walec wojenny niszczył wszystko. Nie oszczędzał również pamiątek rodzinnych. Nic prawie z nich nie zostało. Ale wtedy nie one były przecież najważniejsze. Trzeba było umieć przeżyć.

Ojciec, z wykształcenia ekonomista, pracował najpierw w kołchozie jako buchalter. Potem w 1943 roku poszedł na front. Matka, kobieta niezwykle zaradna, założyła w Krasnom Kordonie pierwszy w tym kraju Polski Dom Dziecka. Właśnie dzięki tej zaradności oraz pomocy najstarszej siostry, stopniowo przemieszczano Dom z Syberii, Kraju Ałtajskiego (a żyli tam w skrajnie ciężkich warunkach), kilometr za kilometrem ku Polsce – tak jak przesuwał się front. Dzieci modliły się o szybki powrót w rodzinne strony i dzień w dzień śpiewały „Rotę”.

Dotarli do Czkałowskoj, pod Moskwą. Eugeniusz Arciszewski doskonale pamięta zakończenie wojny. W Moskwie euforia, salut artyleryjski, orgia świateł i olbrzymia radość, że wojna się kończy.

W 1945 roku cała rodzina spotkała się w Warszawie. Teraz tutaj mieli swój dom. Ojciec umarł w 1948 roku na serce. Wiele przeżył. Był oficerem Wojska Polskiego. Szkolił razem z Berlingiem rekrutów w Dywizji Kościuszkowskiej. Przeszedł cały szlak bojowy od Lenino do Berlina. Był potem szefem Kancelarii Tajnej Sztabu Głównego Wojska Polskiego. Nie wytrzymał obciążenia psychicznego i trudów wojaczki. Matka przejęła opiekę nad pięciorgiem dzieci. Eugeniusz był najmłodszy. Pamięta, że wychodziła do pracy o szóstej rano, a wracała o dziesiątej wieczorem. Byle tylko dzieci wyżywić, wykształcić. A oni, pozostawieni siłą rzeczy sami sobie, uczyli się samodzielności.

Czasami wspominali. Zachowało się kilka zdjęć, a z tych wspomnień zawsze wychodziło, że ktoś z rodziny wiązał swoje życie z morzem. Brat ojca, Paweł Arciszewski, ten, który teraz ma przy kościółku na Oksywiu swoją mogiłę, służył na początku dwudziestego wieku w carskiej flocie. Polski jeszcze wtedy na mapach nie było. Pływał na „Rangunie” i walczył w wojnie rosyjsko – japońskiej. Po roku 1918 przeniósł się na Wybrzeże i gdy przyszedł czas, co sił budował Gdynię. Gdy umarł – pochowano go na koszt miasta w uznaniu wielkich zasług.

W Warszawie Eugeniusz chodził do Szkoły Podstawowej nr 11, przy Skaryszewskiej. Dziwne były te powojenne lekcje. Inni niż teraz uczniowie. On miał dwanaście lat, a jego kolega z tej samej klasy – szesnaście. I razem pocili się nad podstawami ortografii i matematyki. Na ulicach brud powojennego rozprężenia, przedwcześnie dojrzałe dzieci często zamieniały się w złodziei lub nawet bandytów, a on – na przekór pokusom ferajny – maszerował do Teatru Polskiego, bo na konkursie został zauważony i grał dziecięcą rolę w sztuce „Gastello”. Była to rzecz o bohaterskim lotniku, który został zestrzelony nad zajętą przez Niemców linią frontu i w heroicznym odruchu skierował swoją maszynę na zgrupowanie cystern i amunicji wroga. Podziwiał go, bo podobno było to zdarzenie autentyczne. Potem grał jeszcze w Teatrze Polskim i Małym. Rysował także i malował. Gdy był dorosły, także. Miał talent, bo wygrał rozpisany w Paryżu konkurs na rysunek dziecięcy.

A w domu opowieści o antenatach przemierzających wodne szlaki

One najmocniej rozbudzały wyobraźnię dziecka. I jakże miało być inaczej, gdy powiadają, że burzący krew wiatr od morza przechodzi z pokolenia na pokolenie. Zbierał więc Eugeniusz wszystkie publikacje marynistyczne, chociaż niewiele ich wtedy było. Po lekcjach chodził nad Wisłę i podróżował w marzeniach. A czasem – tak naprawdę – płynął bocznokołowymi parostatkami do Młocin. Do dzisiaj pamięta, że czuł się wtedy dziwnie wyzwolony na małym stateczku, który jednak prawdziwym statkiem był. Interesowały go również kutry amerykańskie, które spełniały rolę holowników. Wdrapywał się na pokład; silne miały maszyny, czuł ich moc i sprawność w nawigacji pomiędzy wiślanymi łachami.

W pierwszej klasie liceum zaczął regularnie czytać ” Morze”. Zafascynowało go zdjęcie „Daru Pomorza”. Mówił, że chyba właśnie wtedy zobaczył swoje marynarskie przeznaczenie.

Zawsze lubił wysiłek fizyczny. Był zresztą takim dziwnym kapitanem, który na każdy statek zabierał ze sobą sztangę. Wtedy biegał w Legii i był nawet w kadrze Polski juniorów. W 1959 roku przed maturą skierowano go na obóz w ośrodku sportowym w Gdańsku – Oliwie. Osiągał wówczas świetne wyniki na 800 i 1500 metrów. Potem miał wyjechać na zawody do Włoch. I wtedy właśnie, ku zdumieniu kolegów, skończył karierę sportową. Wiedział, że musi podjąć szybką decyzję. Po kilku miesiącach zdał celująco egzaminy. Był uczniem Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni.

Do tej pory rekrutowano tutaj uczniów po siedmiu klasach szkoły podstawowej. Oni przyszli po maturze. Czasami przeżywali wspólnie rozterki, gdy stosowano dawne metody wychowawcze. Bardzo rygorystyczne. A może to i dobrze było, bo im więcej dawano im w kość, tym silniejsze tworzyły się w nich zalążki obowiązującej na statkach dyscypliny. Teraz wie Eugeniusz, że nawet oni sami byli dziwni. Zupełnie inni od późniejszych studentów szkół morskich. Nikt nie zastanawiał się, ile jako marynarz zarobi. Byle prędzej na morze.

Oczywiście, płynął na „Darze Pomorza”. Uważał, że jest to jedna z najpiękniejszych kart w jego życiu zawodowym. Z dużym sentymentem wspomina bosmana Pawła Kotkowskiego, czy też radiooficera Kwiatkowskiego i innych wspaniałych ludzi morza. Próbowali z nich zrobić marynarzy z prawdziwego zdarzenia. Dobrych dowódców. Najlepszych.

Po przypłynięciu z praktyki, komendant Jurkiewicz wyróżnił go w obecności załogantów i ich rodzin. Matka płakała ze szczęścia i dumy.

Na trzecim roku były praktyki. Pływali na statkach i wracali w różnych terminach. Trzeba było czekać na kolegów, aby razem złożyć egzaminy końcowe. Eugeniusz Arciszewski pracował już w Polskiej Żegludze Morskiej jako bosman. Pływał na statku ” Dunajec”, który później poszedł na złom.

Praca dyplomowa składała się z kilku działów. Zdając nawigację, opracował wejście do Rangunu, stolicy i głównego portu Birmy, w delcie rzeki Irawadi, gdzie są bardzo ciekawe rozlewiska. I chyba dobrze się złożyło, gdyż później, zdobywając kolejne szlify marynarskiego rzemiosła, bardzo często bywał na Dalekim Wschodzie.

Na morzu

A w chwilach szczególnie ciężkich i rozmaitych opresjach, których na morzu aż nadto, często wspominał Krzysztofa, nieprzeciętnego i utytułowanego przodka, raptusa i jednocześnie autora dziękczynnych pieśni pisanych często na okładce książeczki do nabożeństwa. On, Eugeniusz, był podobny: zdyscyplinowany i wymagający wojownik, a przy tym – rozmarzony romantyk. Bo to przecież jedna krew i herb rodowy Prawdzic.

Starszy marynarz, Eugeniusz Arciszewski, z dyplomem Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni, rozpoczął pracę w Polskich Liniach Oceanicznych na statku ” Kosko”. Była to jednostka bez klimatyzacji, jak na ironię pływająca do upalnych Indii. Zatoka Bengalska, Bombaj, Karaczi… Czas wypełniony pracą na statku, nowe porty, czar egzotycznego kraju. Mógł godzinami siedzieć na bosmansztuli malując maszt w tropikalnym słońcu i nie był zmęczony. Wtedy właśnie pierwszy raz wziął na statek sztangę i dźwigał ją codziennie dwie godziny. Ktoś miał przerwę na papierosa – on w tym czasie trenował. Taki rozruch, żeby ręce odpoczęły od pędzla na dwie minuty.

Na początku na statku proponowali, żeby sobie strzelił kielicha, a on na to, że nie będzie pił ani palił. Mówili: – Źle robisz. Może myśleli, iż szpanuje, bo to przyszły oficer przecież, ale widzieli, że w pracy się nie oszczędza, więc dali spokój.

Kiedyś stali na redzie w Bombaju. Wtedy czekało się tam dwa, albo nawet trzy miesiące. Doszło do wypadku. W maszynie trzeciemu mechanikowi szkło z rozbitego termometru poraniło oczy. Sytuacja fatalna. Reda zewnętrzna, sztormowa pogoda uniemożliwiała podejście pod burtę nawet holownikowi z portu. Bo fala olbrzymia. A tu człowiekowi grozi ślepota. Tylko natychmiastowa pomoc lekarska mogła jej zapobiec. Kapitan poprosił ochotników. Zgłosił się Arciszewski, potem jeden z marynarzy – wysportowany, mechanik, bo musiał obsługiwać silnik i chief z racji obowiązku.

Zeszli na wodę. Piorunująco szybko odhaczyli szalupę. Gdyby nie to, wyrzuciłoby ich do wody. Wyszkolenie było kapitalne i sprzęt dobrze działający. Cały czas przykrywała ich fala. Jak im później opowiadano, ukazali się dopiero milę od statku. Gdy przepływali obok stojących na redzie jednostek, widzieli jak na ich pokładzie zgromadziły się załogi. Wszyscy pozdrawiali ich i krzyczeli, żeby się nie dali. I rzeczywiście – pokonali żywioł. Wysadzili mechanika z chiefem na ląd, poczekali i tą samą sztormową trasą wrócili na statek. Nikt nie czekał na laury i podziękowania. Ważne, że człowiek od kalectwa został uratowany.

Co z awansem?

Po dwóch latach pływania na m/s „Kosko” Arciszewski poszedł do swojego armatora – Polskich Linii Oceanicznych i zapytał, co się dzieje, że jego koledzy już dawno awansowali, byli trzecimi oficerami, a on jest ciągle starszym marynarzem z dyplomem szkoły morskiej i rozmaitymi wyróżnieniami, pochwałami i wnioskami o odznaczenia, których zresztą nie otrzymał.

W kadrach powiedzieli: – Panie Arciszewski, nie może pan być awansowany, bo ma pan na swoim koncie wykroczenia dewizowe. Zrobił duże oczy i dosłownie go zatkało. Okazało się, że bez sprawdzenia wpisano do jego kartoteki osobowej dewizowe grzeszki innej osoby. Dyrektor do spraw pracowniczych przeprosił bardzo i od razu zdecydował, że zamustruje go na linię do Stanów Zjednoczonych, która była podobno niezmiernie intratna. Intratna? Chyba dlatego, że ciekawa, ale z każdej przecież można coś wynieść. Doświadczenie na przykład.

Kolejne szczeble morskiej kariery

Wówczas awansował na asystenta. I wtedy rozpoczął marsz po kolejnych, marynarskich szczeblach w górę. Pływał na m/s „Gałczyński” pod dowództwem kapitana Głąba, a potem kapitana Kalwasińskiego. No i to oficerskie stanowisko – bo jednak starszy asystent, to prawie jak oficer.

Awanse nie przychodziły zresztą tak łatwo, bo on zawsze czuł się emocjonalnie związany ze statkiem i pływał na nim rok, albo dłużej.

Potem zaczęły się linie na Daleki Wschód, dalekie linie, półroczne rejsy. Ale bardzo ciekawe. Był trzecim oficerem. Następnie drugim.

Tak się szczęśliwie składało, że czasami jego statek wypożyczano na inną linię i w naturalny niejako sposób, nie wybierając innej jednostki, poznawał nowe zakątki świata. Właściwie był wszędzie. Dotarł na wszystkie kontynenty. Jak obliczył, a prowadził ścisły rejestr, był do czasu naszej rozmowy w 240 różnych portach i w każdym ma wielu przyjaciół, bo lubi kontakt z ludźmi i gaduła z niego wielki. Ma wspaniały dar opowiadania. Zna kilka języków i to jest dużym plusem. Ma taki zwyczaj, że gdy płynie do jakiegoś nowego portu, to przygotowuje się odpowiednio. Zbiera materiały, czyta, zapoznaje się z historią danego państwa, formami życia społeczno – politycznego.

Jeszcze jako drugi płynął na „Staszicu” do zachodniej części Ameryki Południowej. Było tam niesamowicie pięknie. Naturalna uroda Chile, Peru, Kolumbii, Wenezueli i Ekwadoru. Pod koniec lat sześćdziesiątych nie było tam jeszcze bandytyzmu i złodziejstwa – no, może tylko w Kolumbii. Można było spokojnie zwiedzać. Potrafił z trzema kolegami wynająć taksówkę (płaciło się niezwykle mało), aby pojechać 150 kilometrów w Andy, do zagubionych u ich podnóża miejscowości indiańskich. Czasami trudno mu było znaleźć partnerów do wypraw, bo nie wszyscy chcą poznać kraj, do którego zawiodło ich marynarskie przeznaczenie. Poza tym nowe technologie przeładunkowe, nowoczesne typy statków skracają niesamowicie czas pobytu w portach.

Chiefem był pięć lat. W 1974 roku uzyskał dyplom kapitana żeglugi małej. Pływał na statkach drobnicowych. Wtedy jeszcze nie było komputerów. Pozostawały liczydła.

W roku 1977 Eugeniusz Arciszewski zdobył dyplom kapitana Żeglugi Wielkiej. Nominację otrzymał 23 maja 1979 roku. I tak został 283 kierownikiem statku Polskiej Marynarki Handlowej, czyli „osobą odpowiedzialną za statek, jego bezpieczeństwo, pasażerów, załogę, ładunek, nawigację…”.

Po awansie dowodził najpierw ” Zygmuntem Augustem”, a potem „Brodnicą”.

M/s „Zygmunt August” to dwunastotysięcznik Polskich Linii Oceanicznych. Kapitan Eugeniusz Arciszewski dowodził nim w podróżach do wschodniej i zachodniej Afryki. Potem była „Brodnica” i rejsy do zachodniej części Czarnego Lądu. Tej linii marynarze nie hołubili, a wręcz przeciwnie – uciekali od niej jak diabeł od święconej wody. Dowódca statku nie ma wyboru. Jego koledzy wracali z tamtego rejonu z nerwami w strzępach. Długie postoje na redzie, tropikalny ukrop, rozmaite niebezpieczeństwa czekające na lądzie. Na przykład w Lagos, w Nigerii, po zachodzie słońca można było z wycieczki na brzeg nie wrócić. Przekonywał załogantów, nie puszczał nikogo. I jeszcze piraci. Oczywiście nie tacy na galeonach, jak z filmu Romana Polańskiego, lecz na łodziach motorowych. Może nie tacy straszni, ale wielce pazerni na zawartość ładowni i kontenerów. Nawet tych z czeskimi nocnikami.

Śladem przodka

Radości kapitanowi los także nie skąpił. Na przykład na Bałtyku dowodzony przez niego statek mijał m/s „Admirał Arciszewski”, rybacki półtoratysięcznik ze szczecińskiego ” Gryfa”. Marynarskie drogi zawiodły Eugeniusza także do Brazylii, tam gdzie Krzysztof Arciszewski, konkwistador, walnie przyczyniał się do umacniania holenderskich wpływów. Był w Raicife (dawniej Pernambuco) pod pomnikiem Cristophore Polacco. Tam poszedł sam. Nie była to dla niego zwykła wycieczka, lecz swoiste rodzinne spotkanie. Stał przed kamienną podobizną swego przodka – admirała, i w ciszy rozmyślał nad zagadką ludzkiego przeznaczenia. Dziwne to były chwile.

Kapitan Eugeniusz Arciszewski odbył ogromną ilość morskich podróży. Ciekawych, groźnych, przerażających i pięknych. Znany ze swego niezwykłego opanowania marynarskiego rzemiosła.

Na obcych jednostkach (od 1985 roku) pływał z Marokańczykami, Filipińczykami, Polakami. Różne mentalności, rozmaite sytuacje. Zdarzyło się, że załoga musiała mieć świadomość, a przynajmniej domniemywać, iż w szufladzie kapitańskiego biurka leży pistolet i to wielostrzałowy, gdyż przewidujący armator wiedział, czym grozi bunt załogi określonej nacji. Wystarczyło złe spojrzenie i atak jednego marynarza, a potem wszyscy mogli się zmienić w morderczą tłuszczę.

Kapitan znalazł sobie czas na trening, bo stresy i tęsknota za rodziną muszą gdzieś znaleźć ujście. Miał ze sobą sztangę. Poza tym na masowcu, pięćdziesięciotysięczniku jest 140 metrów pokładu. Codziennie przebiegał dziesięć kilometrów. Wszystko jest zapisane w prywatnym dzienniczku statkowo – osobistym.

Krzysztof Arciszewski, admirał, konkwistador, pisał na okładce modlitewnika:

Jak/nawy/morzolotne/wiatry/roztrącają.
Tak/ swemi /wały/ w ludzi/ bystro/ uderzają
.

Kapitan Eugeniusz Arciszewski, wielki polski wilk morski, potomek Krzysztofa, odnotował w swym dzienniczku każdy z 333 dni wówczas ostatniego rejsu na zagranicznym statku.

Pisał: Ostatni dzień rano 6.25. Jesteśmy w Londynie. O 12.30 odlot do Warszawy. Duże emocje. Warszawa o 16.00. Wita mnie Basia i Iwonka. Córka Dorota. Już jestem szczęśliwy i bezpieczny. Zamknąłem szczęśliwie długi, pełen napięcia czas. Jestem z rodziną.

I jeszcze dopisek: Statek to pływająca wyspa.

A poniżej pieczęć statku „Black Pearl” i mocno wyciśnięty znak herbowy rodu Arciszewskich – Prawdzic.

Dalej życie utkało nić losu kapitana dla żadnego z ludzi  nieprzewidywalnym szlakiem.

Tekst ten powstał powstał  na podstawie wielu rozmów w cztery oczy przeprowadzonych ( częściowo nagranych na dyktafonie) przez kapitana żeglugi wielkiej Eugeniusza Arciszewskiego z autorem (L.G.)  pod koniec lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku w Szczecinie i w Gdyni.

Autor: Lech Galicki
Powróć na stronę: Lech Galicki.
Lech-Galicki - Poeta

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here