Ja, z Jasnych Błoni – Lech Galicki

1
497

Ja, z ulicy Moniuszki 4                                                                                    (Jasne Błonia, Szczecin)

Jasne Błonia im. Papieża Jana Pawła II w Szczecinie (dawniej, za czasów niemieckich: Quistorp Aue) usytuowane są pomiędzy gmachem Urzędu Miasta a Parkiem Kasprowicza, od którego oddziela je ulica księdza  Piotra Skargi. Teren  z trzech stron otoczony jest ulicami noszącymi imiona kompozytorów: Michała Kleofasa Ogińskiego od zachodu, Karola Szymanowskiego od południa oraz Stanisława Moniuszki od wschodu. To wielki, trawiasty obszar w kształcie regularnego prostokąta, otoczony  platanowymi alejami.Miejsce niezwykłe. Przy ulicach Szymanowskiego i Moniuszki stoją wille otoczone ogrodami.Własnie w willi przy ulicy Stanisława Moniuszki 4 akuszerka odebrała mnie, gdy w bólach mojej matki, Stanisławy przychodziłem na ten świat. Był 29  dzień stycznia 1955 roku. Okolice godziny osiemnastej.  Mój ojciec, Władysław, który po opuszczeniu przed dziesięcioma laty niemieckich  obozów koncentracyjnych w Auschwitz ( nr więznia 123184) i w Mauthausen-Gusen ( nr więznia 112049), ale tylko ten pierwszy numer miał wytatuowany na przedramieniu, przyrzekł sobie, iż nie założy rodziny, bo życie nie oszczędziło mu zwątpień w sens ustabilizowanego bytowania. Zawsze mogło się coś zdarzyć. Mogło sprawić, że przemoc rozbiłaby w pył to co starał się zbudować i tych, których kochał. A tego już doświadczył podczas wojny  i  kolejna katastrofa życiowa zabiłaby go nie najmniejszej wątpliwości. A jednak znalazł zonę, Stanisławę, czy też ona znalazła męża Władysława i z ich miłosnego związku urodziłem się ja, Lech. Dlaczego takie dali mi imię? Nie wiem. Nie mam o to pretensji. Rodziłem się w wielkich bólach rodzicielki, ale później było już dobrze, jak w raju. Mimo, że ta Polska Ludowa nie była najlepszym miejscem na ziemi, to jednak Jasne Błonia ( bezimienne) i moja ukochana ulica Moniuszki ( tak jakoś mówiło się bez szlachetnego imienia kompozytora), a szczególnie dom rodzinny numer 4, to raj na ziemi był nieziemski. Wspaniałe drzewa: platany, topole, sosny egzotyczne, bzy  dające kwiaty i zapach absolutnie niespotykanej urody, cisy tuż przy naszym domu rosnące, krzewy jakich już dzisiaj nie spotkasz, czarne róże, różowymi kwiatami drzewka na wiosnę jak śniegiem obsypane. Zaś na Jasnych Błoniach to tylko krzyczeć szło z zachwytu. Zieleń, zieleń, wszędzie, dookoła, w kolorze, w zapachach, w nastrojach wieczornych już od kwietnia, ciepłych, wilgotnych, na przestrzał, hen, aż do spojrzenia na Park Kasprowicza, gdzie sto ogrodów botanicznych założyć było można, takie w nich sprowadzane wcześniej przez Niemców drzewa, krzaczki oszałamiające wyglądem rosły. Noszę te widoki zielone i różnokolorowe głęboko w sobie, I zapachy. I wspomnienia  raju na ziemi. A czy myślisz drogi czytelniku, że napisałem o wszystkim. Przecież to nie jest możliwe. To tylko sygnał. I żal taki człowieka bierze, ze tego raju już nie ma, chociaż w nim jest. Mówią, że trwa w psyche. Mentalnie. W roku 1996 zaczęło się umieranie urodzonych na ulicy Moniuszki. Zaczął je mój kuzyn Piotruś Przybecki. Umarł w domu, w którym ja się urodziłem. Przy Moniuszki 4. Wtedy skończył się mój raj na Jasnych Błoniach. To był znak. Umierali sąsiedzi. Umierali koledzy z rocznika lat pięćdziesiątych. Jeszcze na Jasnych Błoniach szanowano ciszę. To było miejsce wypoczynku. Świętego odetchnienia po trudach życia. Potem już zaczęto urządzać tu festyny, sztucznych ogni pokazy, koncerty gwiazd muzyki pop…Cóż. Nie zrozumiano sensu stworzenia raju. Tego raju. I tak już z góry toczył się dzień po dniu. W roku 2006 umarł mój tato. W domu, w którym ja się urodziłem. Przy Moniuszki 4. Tam mój tato cierpiał, umarł i wierzę zmartwychwstał i co pewien czas się pojawia. W pokoju, w którym pierwszy raz, po solidnym klapsie zadanym mi przez akuszerkę, zacząłem płakać. Także nad moim losem, który dopiero zaczął trwać i roztaczać swe obietnice, nadzieje, radości, smutki, powitania i pożegnania w moim rodzinnym domu, najpiękniejszym miejscu na świecie, na Jasnych Błoniach w Szczecinie. Przy ulicy Moniuszki 4. Mieszkania: 2. I mnie tam nie ma. Obcy ludzie nastali. A może jestem. Hej, hej! Jak to? To moje miejsce na świecie. Mała ojczyzna. No, wcale nie mała. Przeogromna jak kraina mojej wyobraźni. Bez granic.

Autor: Lech Galicki
Powróć na stronę: Lech Galicki.
Lech-Galicki - Poeta

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here