Nauka według feministek: „obiektywność prawdy to męski szowinizm”

1
3781

Czy przekonanie o obiektywnym charakterze prawdy to przejaw męskiej dominacji? Czy metodologia naukowa powinna odejść do lamusa, gdyż stanowi – rzekomo – problem dla kobiet i mniejszości etnicznych? Czy przekazywanie wiedzy poprzez wykłady, a także konkurencja między studentami to zło? Takie tezy są tyleż absurdalne, co częste w zdegenerowanej humanistyce. Jednym z przykładów jest niedawny artykuł doktorantki renomowanego amerykańskiego uniwersytetu – zwolenniczki „feminizmu poststruktualnego”.

Laura Parson, doktorantka na Uniwersytecie Północnej Dakoty przekonuje, że nauka zakłada ukrytą męską dominację, szkodliwą nie tylko dla kobiet, ale i dla mniejszości etnicznych. W swoim artykule pt. „Are STEM Syllabi Gendered? A Feminist Critical Discourse Analysis” opublikowanym w piśmie „The Qualitative Report” poddaje analizie osiem syllabusów z przedmiotów ścisłych i przyrodniczych z pewnego publicznego uniwersytetu na „środkowym zachodzie” (zapewne chodzi jej o Stany Zjednoczone). Przyznaje, że dyskryminacja nie jest w nich oficjalnie narzucona. Tym niemniej ma ona, jej zdaniem, ukryty charakter.

Jednym z przejawów owej utajonej dyskryminacji antyfeministycznej jest… przekonanie o obiektywnym charakterze wiedzy. Tymczasem zdaniem autorki „naukowego” artykułu twierdzenia, jakoby prawda miała absolutny charakter są… „męskie”. Odrzucenie możliwości subiektywnego charakteru wiedzy naukowej stanowi zdaniem Parson przejaw uprzedzeń szkodliwych dla kobiet i mniejszości.

Metoda odkrywania obiektywnej prawdy przez logikę czy eksperymenty stanowi, zdaniem doktorantki, przejaw męskiej dominacji. „Zamiast promować pogląd, że wiedza jest konstruowana przez studenta i dynamiczna, podlegająca zmianie, co byłoby bardziej feministycznym poglądem na wiedzę, sylabusy wspierają powszechniejszy i oparty na męskiej dominacji pogląd jakoby wiedza była czymś, co student zdobywa i wykorzystuje do podejmowania prawidłowych decyzji” – czytamy. Za dowód tego „męskiego” postrzegania nauki uważa Parson użycie w syllabusach słów, takich jak „konkluzje” i „osiągnąć”.

Tym bardziej, że prawda ta jest przekazywana studentom w formie wykładu, co zakłada nierówność między wykładowcą, a studentem. Feministka twierdzi, że częste użycie pierwszej osoby liczby mnogiej w sylabusach, to sposób na odwrócenie uwagi od rzeczywistej władzy wykładowcy. Oprócz krytyki przekonania o obiektywnym charakterze prawdy, Parson krytykuje także samą formę wykładową wraz z towarzyszącą jej hierarchicznością, konkurencyjnością i indywidualizmem. Wzywa do odejścia od tworzenia „chłodnego klimatu” dla kobiet na aulach wykładowych. Jako przykład tegoż wymienia choćby „twardy język” używany w syllabusach.

Tezy głoszone przez Laurę Parson, choć absurdalne, są niestety często spotykane wśród dzisiejszych intelektualistów. Przedmioty ścisłe zdają się być na nie bardziej odporne, jednak w zdegenerowanej humanistyce czy filozofii nikogo już nie dziwią, a nawet mogą sprzyjać akademickiej karierze. Świadczy to o upadku szkolnictwa wyższego i samej zachodniej cywilizacji. Wszak obiektywna natura prawdy i jej przekazywanie uczniom stanowi fundament instytucji edukacyjnych. Tezy subiektywnego podejścia do prawdy, „tworzonej” samodzielnie przez studentów, a głoszone przez „feminizm poststruktualny”, podważają de facto rację istnienia nauki. Jej metodologia okazuje się bowiem podobnie dobra jak własna interpretacja nieuka.

Za: pch24.pl, źródła: thefederalist.com / nsuworks.nova.edu

Wszystko na temat feministek.
Wszystko na temat feministek.

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

  1. Troglodyci po odkryciu istnienia gender studies odkryli istnienie
    poststrukturalizmu, teorii krytycznej i relatywizmu, bo wszakże jest
    jedna prawda i jest jedna narracja i ona jest moja, najmojsza!

    Dla niewtajemniczonych: język opisowy w naukach społecznych i w
    dyskursach codzienności jest zawsze uzależniony od uwikłań autora i jego
    świadomych lub nie motywacji. We współczesnych badaniach kulturowych i
    literackich jest to oczywiste a uwagę zwraca się szczególnie
    na grupy wykluczone w takich opisach. Co innego, kiedy jakąś obcą
    sytuację rozpatruje wszechwiedzący biały antropolog z przełomu XIX i XX
    wieku, a co innego, kiedy nawet i ów antropolog odda głos
    zainteresowanej stronie i zacytuje jej wypowiedź. Troglodytom z prawicy
    przeszkadza najwyraźniej, że ktoś może oddać narrację kobietom i
    mniejszościom, o których wolno się wypowiadać jedynie autorowi z
    perspektywy uprzywilejowanej. Pokrótce mowa była o tym w jednym
    znaczącym wywiadzie – „Jak odróżnić geja od pedała? Objaśnia młody prawicowiec” – którego autorka pisze: „Postkolonialni autorzy oddają głos tym, którzy
    go wcześniej nie mieli. Na przykład dzięki tej teorii otrzymaliśmy
    odmienny od brytyjskiego obraz kolonialnych Indii. Podobnie pracują
    twórcy związani z gender. Eksponują historię i potrzeby wykluczonych
    społecznie.” W szerszym rozumieniu nie idzie tyle o oddanie głosu
    wykluczonym, co świadomość istnienia autora w tekście i brak jego
    monopolu na prawdę, a więc wielość perspektyw i brak jednej
    obowiązującej, choć wielu za obowiązującą uważa swoją własną. Już
    zupełnie odrębną kwestią jest to, że wciąż znajdują się imbecyle, którzy
    rzeczywistość kulturową najchętniej rozpatrywaliby na XIX-wieczną modłę
    przez pryzmat nauk przyrodniczych.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ