„Pluralizm” w mediach, czyli jak próbują wykończyć PiS

1
1063

Pluralizm jako choroba.  Zdrada stanu dokonana przez opłacanego z zewnątrz pismaka, do której doprowadził krańcowy pluralizm poglądów.  W przededniu nowej ustawy medialnej.

Wbrew pozorom pluralizm nie oznacza neutralności, a zastosowany w niewłaściwym miejscu będzie tak skuteczny, jak zaordynowane błędnie lekarstwo: doprowadzi do ciężkiej choroby albo nawet zgonu. Nie jest on również poglądem nie mającym mocnego konkurenta, choć ten został już przed laty wygaszony przez lewackich demagogów.

W przypadku pluralizmu działa taki sam mechanizm, jak w przypadku innego słowa-klucza współczesnej debaty publicznej: tolerancja, które wywodzi się od łacińskiego czasownika tolerare, co oznacza znosić coś lub kogoś, ścierpieć, wytrzymać z czymś lub z kimś. Obecnie jednak, kiedy ktoś domaga się ode mnie tolerancji, nie znaczy wcale, że chce bym ścierpiał jego poglądy lub zachowania, ale domaga się ode mnie szacunku dla tego wszystkiego, co ja u niego de facto tylko znoszę. W konsekwencji mam jakoby obowiązek wszystko z czym się nie zgadzam – akceptować. Wykorzystany został przypadek rasizmu, by przez analogię argumentować za szacunkiem dla ludzi o najdziwaczniejszych i szkodliwych poglądach. Osobnikom nie akceptowanym, np. ze środowiska LGBT, nie wystarcza, że inni godzą się, by żyli sobie obok nas swoim trybem i sposobem, oni domagają się akceptacji, ba! popularyzacji ich odmienności. Jeżeli przyjąć taki rozwój pojęcia „tolerancja”, to nie mamy już prawdziwego tolerare. Nie wolno nam poprzestać na tym, że coś ścierpimy, że z czymś godzimy się wytrzymać, musimy to jeszcze pokochać. Oznacza to w konsekwencji tolerancję nieskończoną, aż do odwrócenie porządku rzeczy. Oznacza to dojście do absurdalnych twierdzeń, jak np. negowanie istnienia prawa naturalnego. Wybitny filozof współczesny Karl Popper tak to zjawisko skonstatował: „Bezgraniczna tolerancja musi prowadzić do jej zaniku”.

Podobnie jak tolerancja (oraz wiele innych pojęć) również pluralizm uległ procesowi niepohamowanego rozwoju. I dlatego można w ślad za Karlem Popperem powiedzieć, że „bezgraniczny pluralizm musi prowadzić do jego zaniku”. Oba te pojęcia w wyniku ich nieograniczonego rozwoju stały się również potężną bronią w rękach demagogów różnej maści, w tym polityków.

tolerancja

Pluralizm parlamentarny

Pluralizm polityczny wydaje się najbardziej oczywisty, a nawet niezbędny. Oznacza w najprostszym mniemaniu parlamentarny system wielopartyjny, który ma gwarantować w państwie wolność tak jednostki, jak i różnych organizacji społecznych, różnych programów, nawet całkowicie sprzecznych z oczekiwaniami i żądaniami ugrupowań trzymających władzę. Ostatnie osiem lat życia politycznego w naszym kraju udowodniło jednak, że legalność działalności nie musi absolutnie oznaczać jej swobody. Fakt, że żadnej partii nie przyznano odgórnie (np. w konstytucji) roli kierowniczej, jak było to w np. przypadku PZPR, w praktyce niewiele jeszcze znaczy. Okazuje się, że mimo pluralizmu i wielopartyjności, mimo zwycięstwa niedawnej opozycji, zwycięzcy wciąż nie mają swobody w działaniu; nie w takim stopniu, jak przed wyborami, ale jednak są mocno ograniczeni i zwalczani metodami demagogicznymi. Przegrani panoszą się wszędzie, kontestują każdy krok wygranych, są wszechobecni. Jak to się dzieje? Ano dzięki rozwiniętemu pluralizmowi.

W systemie demokracji nazwanej parlamentarną życie polityczne dominują debaty publiczne. Od tego na jakim poziomie i na ile uczciwie są prowadzone, zależą nie tylko głosy potencjalnych wyborców, ale i konkretne decyzje najważniejszych polityków. Tymczasem możemy obserwować, że debata publiczna u nas manipulowana jest dosłownie codziennie. Dlaczego to jest możliwe, jak to się dzieje? Otóż czyni się to za pomocą kompletnie wadliwego mechanizmu przedstawicielskiego.

Zaraz po wyborach zaczyna się „pluralizm”: do każdej debaty medialnej, głównie telewizyjnej i radiowej, zapraszany jest przedstawiciel każdej zasiadającej w parlamencie partii. Bez zasady proporcjonalności! Obowiązuje system jedna partia – jeden delegat. Niby logicznie, ale tylko pozornie. Ponieważ wszyscy przegrani są – zgodnie z zasadą demokracji – w opozycji, stąd w każdej takiej debacie jest czterech na jednego! Kiedy np. 20 minut przeznaczonych na audycję dzieli się przez 5 partii, każda dostaje po 4 minuty. Dzięki temu PiS broni swoich racji przez 4 minuty, a opozycja – przez minut 16 i to w mocno poszerzonym składzie! Tym sposobem zakrzyczy się przecież każdego, choćby nie wiem jak mądrze mówił. Nawet gdyby przedstawiciel PiS-u nie miał przeciwko sobie prowadzącego audycję tzw. redaktora – co skądinąd wydaje się obecnie po prostu niemożliwe, przynajmniej do czasu gruntownych, dogłębnych zmian w mediach publicznych. Tak oto działa pluralizm. Gdyby działała sprawiedliwość, partia rządząca miałby w 20-minutowej audycji 11 minut dla siebie i mogła być reprezentowana przez pięciu przedstawicieli. Pięciu na czterech, to byłyby sprawiedliwy wynik będący prawdziwym efektem wyborów. Oczywiście trzeba by jeszcze rozważyć w jakich proporcjach między sobą ma się wypowiadać opozycja, w tym artykule nie chodzi jednak o to, by wdawać się w szczegóły.

Pluralizm z jakim teraz mamy do czynienia ma tylko jedno zadanie: dokopać zwycięzcy nie bacząc na prawdę, logiczne argumenty, a przede wszystkim nie bacząc na te miliony osób, które oddały głos na wybrane przez siebie ugrupowanie. Ten „pluralizm” to czysta demagogia, to zamykanie za wszelką cenę ust wygranym – a ludzie czyniący to bez żenady określają miliony wyborców PiS-u dyktatorami zwalczającymi demokrację! Panując nad mediami sterują jak chcą debatą publiczną, która w tej sytuacji jest tak samo publiczna, jak dziewka. Uderzają każdego dnia w miliony Polaków! Nazywają ich miedzy sobą ciemnym narodem. Doprawdy żyjemy w królestwie pluralistycznej demagogii.

Na pewno w szykowanej właśnie nowej ustawie o mediach publicznych trzeba zagwarantować sprawiedliwość, a nie żaden pluralizm. Trzeba wreszcie dokonywać zmian zgodnie z nazwą władnej partii. Niestety padają już głosy o konieczności zachowania pluralizmu w mediach publicznych; oznacza to zachowanie tego, co mamy, choć może z paroma innymi nazwami i nazwiskami, z paroma innymi akcentami i przyczajeniem się na chwilę wojowników o platformianą „demokrację”.

michalkiewicz

Pluralizm ma wielkiego konkurenta!

O ile pluralizm stosunkowo niedawno wypłynął na szerokie wody (w XX wieku), o tyle jego konkurent – monizm, termin łatwy i warty zapamiętania – wywodzi się ze starożytności. Przeszedł on wielowiekową drogą, ma różne kierunki, nieraz nawet dziwaczne, ale na pewno jest bogactwem intelektualnym. Jednak to, że ma tak stary rodowód, stało się przyczyną jego wygaszenia – mam nadzieję, że nie ostatecznego. Na fali stawiania na piedestały wszystkiego co nowe, co się rozwija, także w nauce, wywyższono alternatywę dla monizmu, czyli pluralizm. A nawet lepiej byłoby powiedzieć, nie alternatywę, lecz przeciwieństwo. Nie będziemy wdawać się tu w zawiłości filozoficzne, powiemy tylko ogólnie, że monizm akceptuje nowości w teoriach naukowych, w światopoglądzie, w życiu publicznym dopiero wtedy, gdy pojawiają się konkretne fakty potwierdzające wartość tych nowości. Same spekulacje myślowe, typu np. genderowa ideologia, to za mało.

Tak jak liberalne, lewicowe i antykonserwatywne publikacje uwielbiają pluralizm, tak traktują monizm jako wroga ludzkości, czyniąc go odpowiedzialnym za rządy autorytarne. Faktem jednak jest, że monizm polityczny sprzyja państwu silnemu i scentralizowanemu, a takim teoretycznie ma być Polska. Monizm jest ważnym elementem myśli konserwatywnej. Niewątpliwie czeka on na swój renesans, na swego wielkiego odkrywcę. Ale póki co, najważniejsza jest sama generalna zasada rozumowania monizmu: teoria sprawdzona, dobrze funkcjonująca, nie może być obalona tylko dlatego, że ktoś wymyślił coś nowego i obwieścił światu, że istnieje np. 57 płci, a kazirodztwo jest równouprawnionym sposobem życia i współżycia, bowiem ewentualnie poczęte z niego nienormalne dzieci po prostu się uśmierci, jak głoszą genderyści.

Dzięki pluralizmowi powstał cały przemysł wytwarzania i dotowania z pieniędzy publicznych wszelkich dziwacznych teorii, bo zakłada się, że może kiedyś z którejś z nich coś sensownego wyniknie. To dało np. podstawę teoretyczną dla całego ruchu LGBT, to odciąga badaczy od zajmowania się sprawdzonymi teoriami, od udoskonalania ich – na to nie ma środków, które poszły na eksperymenty quasi-naukowe, także quasi-artystyczne. Czyż nie takim właśnie szkodliwym, finansowanym z pieniędzy publicznych eksperymentem była posłanka Grodzka w Sejmie? To pluralizm każe bez końca wydawać publiczne środki na coraz bardziej eksperymentalne przedstawienia teatralne, coraz to nowe programy uniwersyteckie, tony nowych podręczników, już nie tylko akademickich. Im więcej niezgodnych i walczących ze sobą teorii, tym lepiej! I tym kosztowniej, i tym mniej miejsca oraz czasu dla normalności. Normalność jest jednak stara, a wszystko co stare cuchnie ciemnogrodem, więc trzeba to odrzucić.

W dzisiejszym świecie mamy do czynienia z pluralistyczną wojną teorii. A na wojnie, jak to na wojnie, ktoś musi przegrać. Jak wiemy z historii, przegrywa najczęściej sprawiedliwszy, uczciwszy od napastnika, ale gorzej uzbrojony. Jakby na wojnę nie patrzeć, jej skutki przynoszą zawsze mnogość ofiar i nieszczęść, biedę i trzeba się po niej długo odbudowywać. A bywa, że nie ma kto się odbudować… Tak mówi historia i dlatego zgodnie z najnowszą praktyką stosowaną jeszcze parę tygodni temu także w naszym kraju, nie mogła być magistra vitae, nauczycielką życia. Doświadczona nauczycielka bowiem każe nam głęboko się zastanowić, czym np. jest zboczenie: normalną formą egzystencji czy jej wypaczeniem. Ta sama magister vitae każe nam tego zboczeńca tolerować, zostawić w spokoju, o ile jest niegroźny dla otoczenia, o ile nie nakłania innych do swego procederu, o ile nie wypacza słowa tolerare.

Błędne koło

Pluralizm usiłuje nas przekonać, że w nauce konfrontowanie różnych postaw jest metodą na rozwój, a w polityce konfrontowanie partii – metodą na utrzymanie wolności i sprawiedliwości społecznej. Gołym okiem widzimy, że prowadzi to jedynie do bezpardonowej walki, szczególnie tam, gdzie chodzi o władzę i pieniądze, walki nie na argumenty, lecz demagogiczne chwyty. Jakże może być inaczej, skoro konfrontujemy ze sobą oczywistą prawdę i oczywiste kłamstwo? Czy rzeczywiście otrzymamy wtedy po środku coś sensownego? Po środku otrzymamy półprawdę, czyli znakomity środek demagogiczny. Jeżeli ktoś kogoś okradł, jest złodziejem, czy nie? Pluraliści będą ten fakt relatywizować, znamy to choćby z niedawnej polskiej praktyki prawnej, jako „chwilowy zabór mienia”, co, jak wiemy, doprowadziło tylko do zwiększenia pewnego rodzaju przestępczości (np. kradzieży samochodów).

Albo w trakcie wizyty zagranicznej nasz prezydent przedstawia polską rację stanu, a jeden z polskich „demokratycznych” dziennikarzy go kontestuje, przedstawiając głowie obcego państwa Andrzeja Dudę jako tyrana, człowieka, który właśnie dokonał zamachu stanu. Czy jakaś prawda leży tu po środku? Nie żadną prawdą trzeba to nazwać, ale zdradą stanu dokonaną przez opłacanego z zewnątrz pismaka, zdradą, do której lub doprowadził krańcowy pluralizm poglądów.  

Żyjemy w czasach, gdy zwalczanie teorii stało się sztuką dla sztuki, a lepiej powiedzieć – środkiem utrzymania dla wielu pluralistycznych quasi-naukowców, quasi-naukowych ośrodków, zagnieżdżonych także na uniwersytetach. Odcinają się – i żądają tego od innych – od wybitnych dzieł, wiedzy i myśli nie tylko sprzed wieków, ale nawet sprzed pół wieku. Tym zabiegiem eliminują argumenty przeciwko sobie – pod demagogicznymi hasłami nieskrępowanego postępu, rozwoju i nowości. Tak tracimy z dorobku ludzkości wielkie dzieła i wielkie idee. Tak liberalizm wygasił np. piękną, mądrą ideę solidaryzmu, tak w polityce przepada chrześcijańska demokracja. To niestety przypomina palenie pałaców, dworów i świątyń przez bolszewickie hordy.


 

Pluralizm sprzeciwia się również, choć nie w teorii, a w praktyce, sprawiedliwemu funkcjonowaniu instytucji publicznych. Pozwolę sobie tutaj rzucić mały kamyczek do ogródka obozu patriotycznego. Chodzi mi o Narodową Radę Rozwoju i pluralistyczną zasadę jej tworzenia. Cóż to bowiem za pożytek z członków tej Rady, którzy weszli tam, bo tak jakoby nakazuje pluralizm? Jaki jest sens – jak to świetnie ujął Janusz Szewczak – wyciągania ręki do krokodyla? Niektórzy osobnicy zasiedli w Radzie tylko po to, by wszystko kontestować, są tam de facto elementami destrukcyjnymi. A przecież ta instytucja publiczna powstała, by pchać nasz kraj do przodu, by podpowiadać pomysły i rozwiązania, by działać kreatywnie i wspólnie. Po co w niej zatem elementy, które z pluralistycznej zasady będą oponować przeciwko wszystkiemu, co pochodzić będzie od obozu zwycięskiego, patriotycznego? I na dodatek udadzą się z tym od razu do mediów, by chachmęcić. Co mogą wnieść do „dobrej zmiany” ludzie typu Gomułka, Rotfeld, Jakubas et consortes?

Po co dawać satysfakcję ludziom, którym obojętny jest los kraju, ludziom nastawionym na samorealizację bez oglądania się na resztę? Tym samym blokuje się miejsca innym, porządnym i mądrym, których nie brakuje! Pluralizm i w tym przypadku nie jest dobrym doradcą. (…)

Główna myśl jednego z podstawowych teoretyków pluralizmu, Paula Feyerabenda, zawarta w sztandarowym jego dziele „Przeciw metodzie”, brzmi: „Dla tych wszystkich, którzy przyglądają się bogatemu materiałowi dostarczonemu przez historię (…) stanie się jasne, że istnieje tylko jedna zasada, której bronić można we wszystkich okolicznościach i we wszystkich stadiach rozwoju ludzkości. Oto owa zasada: nic świętego”.

Tu trafia się na kres pluralistycznego rozumowania. Skoro nie ma nic świętego, to trzeba zakwestionować w końcu samą zasadę „nic świętego”. I zamyka się koło – błędne. Nie da się żyć bez czegoś świętego; byle nie były to bożki ustawiona na ołtarzu pluralizmu…

Leszek Sosnowski

To skrót artykułu opublikowanego w ostatnim numerze miesięcznika „Wpis”. Autor jest prezesem Wydawnictwa Biały Kruk, brał ostatnio udział w prezydenckiej naradzie w sprawie mediów publicznych.

 

WPIS-12-2015

 

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

  1. Z logicznego punktu widzenia tolerować można tylko poglądy z którymi się NIE utożsamiamy. Poglądy, z którymi się zgadzamy są poglądami, które akceptujemy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here