Specjalność 111 – Lech Galicki

1
204

To było w Bytomiu. Kopalnia Rozbark. Obóz przy szybie Lompa. Siatka – drut kolczasty. W środku baraki. I rozciągnięty dodatkowo drut. Linia graniczna. Nie wolno było za ten drut przechodzić.

„Specjalność 111”, to XIII rozdział książki Lecha Galickiego: „ tentato. Zapamiętnik znaleziony w chaosie”

To było w Bytomiu. Kopalnia Rozbark. Obóz przy szybie Lompa. Siatka – drut kolczasty. W środku baraki. I rozciągnięty dodatkowo drut. Linia graniczna. Nie wolno było za ten drut przechodzić. Wartownicy mieli prawo strzelać. Obozowe prawo.

Dziewięć budynków. Budynek gospodarczy. Tutaj spędzili trzydzieści życia miesięcy. W tym miejscu – lagrze, uprzednio Niemcy trzymali jeńców sowieckich. Później byli tu niemieccy jeńcy.
Kwaterowali tu teraz oni.
Zaraz na początku powiedziano im, że mieszkańcy pobliskich Brzezin to faszyści. Niemcy najgorsi i sadyści zakamuflowani, co to prawdziwych Polaków mordują. A to jak mówią teraz łgarstwo było, gówna warte oszustwo, aby ludzi skłócić i dzielić. Wtedy wszystko działało na wyobraźnię.
Aby jeszcze bardziej nienawiść rozpętać, obozowi funkcyjni wskazali i uprzedzili mieszkańców Brzezin i okolic, że w kopalni pracują przestępcy i zbrodniarze najbardziej wyrafinowani, polujący na ich zycie. – Takie to skurwysyny – komentowali potem – ludzi, Polaków szczuli na siebie. Aby tylko złość wzbudzić, nieufność i motłochem – jak mówili – rządzić, jak zaplanowali. I tak to było.
A oni, żołnierze z poboru 28 maja 1951 roku, byli zupełnie otumanieni, bo myśleli, że do
prawdziwego Wojska Polskiego przyszli, oszukani, że do pancernej broni. Ot, bandyci wymyślili.
Młodych poborowych Jednostka Wojskowa 2270, 17 Batalion Pracy o zaostrzonym rygorze,
przywitała hałaśliwie. Rozdygotana, krzycząca: swołocz! – dzieciom nieprawomyślnych
rodziców, burżuazyjnych Polaczków, jeb twaju mać – nieprawomyślnym i katolickim bękartom, terrorystom spod krzyża wojującego z czerwoną gwiazdą. Oj pamiętali przebrani za ludowych polskich sołdatów dowódcy: Kaczan, Czerepak, Byczkiewicz, Iwanow… – bitwę z polskimi panami z roku 1920. I tę ich wiarę w krzyża siłę, co zabobonem jest objazatielno polskim i durnym, że ten krzyż z korzeniami wyrwać trzeba z dusz Lachów, spalić i na cztery strony świata rozsypać i splunąć za nim. Oni, ateiści sowieccy wiedzą jak ten Priwislanskij Kraj z jego zabobonami unicztożyć.
Siermiężne, straszne, obozowe otoczenie barakowe. Nie o takim wojsku młodzi Polacy myśleli.
Sześć kompanii. Każda licząca 180 do 220 osób. Dwie kompanie pracowały w Radzionkowie.
Cztery przy szybie Lompa… Był jeszcze szyb Barbara – mówią – ale tam w 1945 i 1946 roku
pracowali księża, dowódcy Armii Krajowej, przedwojenna inteligencja i prawie wszyscy zginęli, albo nikt się z nich nie ostał. Mózg prymitywnego, krzyżowego, terrorystycznego, zabobonnego naroda wobec sowieckiej własti i swobody i mira dla wsiech mudrych, Krasnoj Armii slawa…ura, ura, ura! Cywile szeptali, że zostali oni, pochowani w piachach. Bo tam akurat wielkie piachy zalegały. Poljaki sabaki, Lachy w piach. Krzyża na tym ich dole z nimi zasypanym nie uświadczysz. A na szto? Piach wystarcz. Żadnych krzyż, bo to i propaganda i zachęta do odwetu.
A i znak pamięci wrednej o wrednych polskich, podburzających do job ich tam mać – swobody i niezawisimosti.
Przyjechali do wojska i od pierwszego momentu wszystko tutaj było przeciw nim. Starali się
trzymać razem. Prawie wszystkich żołnierzy łączył jeden szczegół. Życiorysy ich rodziców. Losy i kariery ich ojców.
Ojciec Gienka zginął w Ostaszkowie. Był przedwojennym policjantem. Ojciec Waldemara służył w Korpusie Ochrony Pogranicza. Zginął w Ostaszkowie. Jan, to syn Akowca. Strzał w tył głowy od bojca z NKWD. Wszystko dla społecznej sprawiedliwości i za 1920 rok. Każdy tutejszy poborowy miał taką lub podobną skazę. I każdy poborowy musiał odpokutować za przeszłość ojców. Tego wymagał nowy sowiecko – bolszewicki ustrój sprawiedliwości społecznej. Myśl Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego. Ach, sława, sława, sława genialnym i dobrym, jak smak krwistej czerwieni sztandarów bojownikom światowej rewolucji proletariackiej. Smiersz krzyżowi. Sława sierpowi i młotowi.

Przyjechali. Otoczono ich ze wszystkich stron. Bieg, bieg, sala, bieg, padnij, powstań, w błoto, w gnój, padnij, powstań, bieg… Baraki. Dryty kolczaste. Połatane, drelichowe uniformy Służby Polsce. Wyglądali okropnie i poniżeni się czuli.
Okres unitarny trwał trzy tygodnie, a po prawdzie dwa razy dłużej za to, że kogoś
nieprawomyślnych ciemnogrodzkich i ciemnowsiowych chłopaków złapali jak się ukradkiem
modlił przed świętym obrazkiem.
Karabinów w rękach nie mieli. Wbijano im w głowy, że walczą na drugim froncie bitwy o pokój. Z imperializmem amerykańsko – francusko – angielskim. To szkolenie polityczne prowadzone przez politruków.
Szkolenie bojowe przechodzili w pracy. Strasznej pracy. W kopalni węgla. Żadnego przyuczenia do zawodu. Łopata. Latarka. Znój, wyczerpanie, upokażanie… Wszystko ponad siły. Ładowanie urobku, odstrzał, wózków popychanie. Załamania psychiczne. Myśli samobójcze. Organizmów funkcjonowania bolesna odmowa.
Pracowali na trzy zmiany. Plan trzeba było wykonać bezwzględnie. Gdy nie wykonano norm, na szybie nie żarzyła się specjalnie zamontowana przez sowieckich towarzyszy gwiazda czerwona . Jej światło, to znak szczęścia, dobrobytu i zwycięstwa. To nie szary od opium religijnych zabobonów krzyż. Zabobon martwy. Gdy wykonano zadania nakazane przez wiedzących, co dobre jest dla człowieka trudu i pracy – gwiazda rozświetlała swym blaskiem świat cały, nadzieje i marzenia postępowego i ateistycznego w swym rozumieniu wielkim człowieczeństwa humanistycznych idei.
I światło jej łączyło wszystkich proletariuszy na całym świecie. Także w tym miejscu odrażającym, a mimo to wielkie nauki dającym nieuświadomionym poburżujskim polskim warchołom.
Kolejne niedziele miały swoje nazwy: obowiązkowa, planowa, pozaplanowa… I tak mijał dzień po dniu. Często zdarzały się wypadki. A jakże śmiertelne też. Jedzenie parszywe: śledz, dorsz, kasza i …wanna w stołówce z kwaśnym twarogiem.
Dowódca kompanii krzyżyki święte obowiązkowo kazał zdejmować i wdeptywał je w ziemię, albo do ubikacji z sowiecką fantazją wrzucał i potem wodę spuszczał pienistą i szarą.
Kiedyś sześciu żołnierzy nie wytrzymało. Spróbowali ucieczki. Natychmiast rozpoczęto ich
poszukiwania. Przyjechali młodzi prokuratorzy w stopniach podporuczników i w świetlicy
zorganizowano pokazową rozprawę. Sześciu uciekinierów było i po sześć lat dostali.
Oni – żołnierze z poboru 28 maja 1951 roku byli młodzi, ale zdąrzyli przez trzydzieści miesięcy służby dla ludowej ojczyzny bardzo, bardzo wydorośleć. Dojrzeli już w czasie wojny, gdy ich matki płakały, trzymając w dłoniach kartki pocztowe napisane przez mężów w nieznanym im Ostaszkowie, Starobielsku, Kozielsku…
Z wojska wyszli 25 listopada 1953 roku. Stracone dwa i pół roku życia – mówili. Uraz do końca życia – wzdychali.
Pozostał wpis w książeczkach wojskowych „Specjalność 111 – nie wyszkolony.”

Autor: Lech Galicki
Powróć na stronę: Lech Galicki.
Lech-Galicki - Poeta

Komentarze:

komentarzy

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZ Janem Pawłem II rozmowa w natchnieniu – Lech Galicki
Następny artykułZa żelazną kurtyną życia – Lech Galicki
Dariusz Matecki. Urodziłem się i mieszkam w Szczecinie. Kocham starą, zapomnianą, polską muzykę zaangażowaną politycznie. Z tej pasji zrodziła się idea stworzenia strony internetowej, którą dzisiaj możecie oglądać. Interesuję się historią Polski, polityką, kinem i nowymi technologiami. Stronę prowadzę w wolnych chwilach, jeśli chcesz mi pomóc czy opublikować swój artykuł zapraszam do działu "kontakt" w menu.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here