Ty dziennikarzyno – Lech Galicki

1
313

(Oparty na faktach scenariusz słuchowiska radiowego – zarys)

Zadzwonił telefon. Śpiący mężczyzna zrywa się z łóżka.Przez chwilę dochodzi do przytomności.Podnosi słuchawkę i mruczy niewyraźnie:

– Tak, słucham. Słucham. No przecież dochodzi szósta rano! Kto mówi?

Po drugiej stronie męski głos cedzi beznamiętnie:

– Czy pan redaktor Krzysztof Głuchocki?

– Tak, tak. Kto mówi ?

-Drogi panie, obudziłem zapewne, cóż ale sprawa jest poważna. Mówiąc bez kozery – wagi państwowej. Tak proszę ją traktować, drogi redaktorze.

– Chwileczkę, z kim ja rozmawiam?

– Z kompetentną osobą. Porozmawiamy pózniej, gdy w trybie pilnym, powtarzam – najpilniejszym, przybędzie pan do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Pan wie, przy ulicy Małopolskiej.

– Ja! Niby dlaczego?! W jakiej sprawie? To pomyłka być musi…

– O, nie, panie drogi, u nas nie ma omyłek. Proszę natychmiast się zbierać. Zalecam także dyskrecję. Żadnych kontaktów. Absolutnie nie wstępować do pańskiej redakcji „Em i Zet” przy placu Hołdu Pruskiego 8! Nie mylę się? No widzi pan. Prosto do mnie na Małopolską…!

– A do kogo właśnie. Nazwisko, numer pokoju, no, jakieś namiary…

– Główne wejście.Tam dyżurny wszystko wie. Powtarzam; prosto do nas. Bez niedomówień: my kontrolujemy. Proszę nas nie zawieść. Czekam…

– Ale…

W słuchawce trzask i przeciągły sygnał.

*

Głuchocki przyciska klawisz dzwonka przy wejściu do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej.W oddali słychać odgłos koguta nadjeżdżającego samochodu.Drzwi otwierają się automatycznie. Jeszcze kilka kroków po schodach i pomieszczenie dyżurnego.

-Obywatel w jakiej sprawie?

– Dzisiaj, wczesnym ranem zatelefonowano do mnie, abym pilnie się tutaj zgłosił. Nie wiem z jakiego powodu.Osoba rozmawiająca ze mną nie podała swoich danych.

– Nazwisko?

– Głuchocki. Krzysztof Głuchocki.

– Dowód osobisty, proszę…

– Tak. Niech obywatel wejdzie do sali, o tam. Będzie wywołanie.

W poczekalni panuje cisza przerywana szeptami, krokami nerwowo przemieszczających się ludzi. Głuchocki mruczy pod nosem:

– Dziwna poczekalnia.Ściany wyłożone lustrami. Ludzie wystraszeni.Rozmawiają, nagle milkną. Co pewien czas wchodzi cywil.Tajniak pewnie. Rozgląda się. Wychodzi. Po chwili to samo.Strach bierze człowieka…Przecież…. Do Głuchockiego zbliża się krępy mężczyzna.Mówi do niego szeptem:

-Wiem – to pan. Rozmawialiśmy przez telefon. Idziemy.

Idą korytarzem.Odgłos kroków obija się od ścian.Funkcjonariusze otwierają metalowe drzwi. Jedne, drugie, trzecie…

Mężczyzna mówi:

– No to jesteśmy. Niech pan redaktor usiądzie z tej strony biurka.Będzie nam lepiej rozmawiać.Tak w cztery oczy. Jak Polak z Polakiem. Siadają.

– I pan redaktor szanowny nie wie dlaczego się tutaj znalazł? Tak? Właściwie to po co pytam. Oczywiście pan wie.

– Nie mam zielonego pojęcia! To pomyłka!

– Panie. My wiemy. Więcej niż redaktor myśli.

– Myśli? Ja do tej pory nie wiem kim pan jest. No, milicjantem…tu komenda przecież.

– Ja pytam. Tylko ja. Od odpowiedzi jest obywatel. Ja nie mam czasu na dyrdymały. Pytanie podstawowe. Dlaczego wczoraj między godziną osiemnastą pięć, a dwudziestą trzecią czterdzieści przeprowadził pan rozmowę, wiem że to był wywiad z panem Wiesławem Jaszczyńskim, lekarzem, w jego mieszkaniu przy placu Grunwaldzkim? Dlaczego zamierza pan popularyzować wroga Polski Ludowej wśród czytelników wydawanej przez nasze socjalistyczne państwo gazety, za pieniądze, które wypracowali ludzie czynu, którzy ufają polskim mediom…A wy tu wysmażać chcecie laurki
elementom wywrotowym?!!!

– To jakaś pomyłka! Po prostu…pomyłka wielka!

– Co wy mi tutaj! Aaa! Niepokój i blady strach padł na redaktora. Znaczy sumienie mamy nieczyste.Co ?!!!

– Przecież doktor Wiesław Jaszczyński, to wybitny naukowiec, specjalista chorób tropikalnych. Pilot i ceniony na świecie arabista. Taką mam wiedzę. I o tym z nim rozmawialiśmy.

– Panie, kto pana z nim skontaktował ? Kto ? Imię. Nazwisko. Szybko! Nasza rozmowa nie musi być miła.

– Sam go odnalazłem. To nietuzinkowy człowiek. Moja praca także na tym polega.Znalezć najlepszy temat. On był zdziwiony tym, że z nim robić wywiad. A to wspaniały gawędziarz…

– Taaak? To za te gawędy z elementem antysocjalistycznym i wywrotowym przestanie pan być dziennikarzem. Gorzej! Innej pracy pan nie dostanie. Ot, co…Chyba, że zaraz usłyszę kto go polecił. Imię, nazwisko. Kto, kto, kto ? Nazwisko, imię…

– Sam go odszukałem. Mówiłem.

-Cholera! Możemy tak bez końca. A koniec będzie. Teraz zamówię samochód.Pojedziemy do całkiem innego miejsca. Redaktor się boi ? Taki trzęsący się zrobił. Słusznie.Ale to już pana sprawa.

*

Hotel Neptun. Jeden z apartamentów przeznaczonych do wyłącznego użytku Służby Bezpieczeństwa.

– Oto nasz apartament dla gości specjalnych. Na rozmowy specjalne. Proszę się rozgościć. Zaraz będzie kawa. Koniak? Coś słodkiego ? Porozmawiamy w salonie, a ja tu wszystko przygotuję. No, panie Krzysztofie, myślę, że będzie się nam sympatycznie rozmawiało. Bez stresu, na luzie…No! Przecież już mówiliśmy. Drogi redaktorze. Jest tyle ciekawych tematów. Zawsze podziwiałem was, ludzi pióra, którzy mają tę zdumiewająca zdolność przenoszenia na papier wywiadów, reportaży, artykułów rozmaitych. Jedni robią to lepiej, drudzy gorzej, ale z pana pistolet jakich mało. A wiem, czytam…Bo muszę!

– Przesada. Lubię tę pracę. Ale żeby pistolet?

– Pistolet, pistolet! Może nie jak ten, co tu pod marynarką noszę, ale kaliber pan ma jak się patrzy…Tylko proszę, nikomu ani słowa o tym moim służbowym gnacie. No, redaktorze drogi.

– Nie wiedziałem, że pan…

– I dużo nie wiemy. Cóż. W ramach moich obowiązków mam pod nadzorem pracowników lokalnej prasy. Od ciecia do redaktorów naczelnych. I innych. Ale najbardziej interesują mnie dziennikarze. Lubię ich. Wie pan, sympatyczni ludzie. Wielu znam jak łyse konie i muszę powiedzieć, że tylu , ha, reportaży dla mojej wyłącznie firmy, na moje zamówienie, które spłodzili – nie wydrukują im w gazetach do końca ich zasranego życia. A z jakim zawzięciem, zaangażowaniem, jak szczegółowo je pisali. Te , no, reportaże, zapisy rozmów…Reportaż, to inaczej przecież donos. Coś niezwykłego. O panu też w nich coś jest…

– Co pan mówi! To niemożliwe! Ja kolegów w miarę dobrze znam i nikt z nich nie zrobiłby czegoś takiego! To prowokacja?

– Człowieku naiwny. Robili, robią i będą swoje robić. A przy okazji: Jakie są nastroje w pana redakcji? Szczerze. Zazdrość, narzekania, kopanie dołków, wybujałe ambicje…Proszę nie odpowiadać. Ja wiem. Wiem. Ta wasza solidarność zawodowa, to wielki pic. Schizofrenia. Konfabulacja. Wyobraznia i chciejstwo. Tyle lat po stanie wojennym, takim niby złym. Oczyszczającym! Redaktorze, to zbyt mało! Tak, czy nie?

– Nie chcę mówić…

– Tu nie ma nie chcę! A naczelny? Jaki on jest. Co każe pisać? Co sugeruje? Coś dużo u was takich z nazwiskami wskazującymi na, aj waj, wiadome pochodzenie…On sam też…Pan oczywiście – nie ! Pan uważnie nastawi ucha, rozejrzy się dookoła, czasu starczy i będzie pisał dla nas o wszystkim.
Te, reportaże. Nawet o rzeczach i sprawach, które z pozoru uchodzić mogą za błahe. A mogą być baaardzo ważne. My mamy rozeznanie! Słuchać, pamiętać, pisać…

– Nie. Nie zgadzam się. To nie…, to niemożliwe.

– Kurwa! Dość! Co ty wiesz, dziennikarzyno?!!! Ja się z tobą tutaj męczę, tracę czas, a ty bohatera zgrywasz. Masz, czytaj! Na tej karcie spisano nazwiska panów redaktorów, twoich kolegów wielkich, co to szwendają się po korytarzach waszego prasowego kombinatu. Oni tylko czekają, żeby spotkać się ze mną i wykazać swą przydatność. Dla bezpieczeństwa Ludowego Państwa. A o awansach jak rozmyślają. Znasz ich, dobrze znasz. Trzęsiesz teraz portkami ze strachu. a się głupio stawiasz. Przemyśl to co mówię pismaku. Hak na ciebie jest.Wiele ich.Pracę stracisz, jak będziesz tu smęcił o niemożności współpracy z organami bezpieczeństwa. Przeczytaj pismo i podpisz czytelnie.

– Ja… zobowiązuję się do systematycznego kontaktowania z oficerem służby bezpieczeństwa, współpracy…oraz informowania… Nie! Nie podpiszę.

– Słuchaj gnojku! Twój ojciec, rencista wojenny, emeryt, Władysław, syn Marcina i Katarzyny z domu Radziejewskiej urodzony w …Chcesz człowieku, żeby żył w zdrowiu i szczęściu ? A mamusia ukochana? Wszystko zdarzyć się może…

– Ja…

– Twoja córka, Dagny, urodzona 29 stycznia 1985 roku… Chcesz, żeby w odpowiednim czasie zdała na studia? Bo może – nie! I nigdy! I jeszcze więcej!

– To nie jest w porządku, to…zwykły szantaż.

– Podpisuj, panie prasowy pistolet !

– Nie mogę!

– Kto ci dał, pismaku, kontakt do Wiesława Jaszczyńskiego?

– Mówiłem…

– Koniec w cholerę z tą rozmową. Masz tu nieudaczniku inne zobowiązanie. Nie bój się, to zabezpieczenie dla mnie. Musi być podpisane, bo inaczej ciebie nie masz życia…Czytelnie. A potem twarz na kłódkę. Ja będę wszystko wiedział.

– Ja… zobowiązuję się do zachowania w tajemnicy faktu rozmowy z oficerem służby bezpieczeństwa… w dniu… osiemdziesiatego ósmego roku… Nie wiem.

– To dla zabezpieczenia poufności faktu rozmowy specjalnego znaczenia.Pisz redaktorze…

– Cóż, mam inne wyjście?

– Nie!

Krzysztof Głuchocki podpisuje zobowiązanie do zachowania w tajemnicy faktu rozmowy specjalnego znaczenia.

Esbek:

– Kończymy. Tyle czasu na nic. Acha, panie redaktorze. Wszystkie materiały o doktorze Jaszczyńskim zniszczyć i zapomnieć. Do zobaczenia.

*

Rok 1989. W radioodbiorniku emitowane są fragmenty sejmowego przemówienia pierwszego niekomunistycznego premiera Polski, Tadeusza Mazowieckiego. Mówi o postawieniu grubej kreski pomiędzy przeszłością i terazniejszością.

Dzwoni telefon.

– Tak słucham, kto mówi?

– Czy pan redaktor Krzysztof Głuchocki? Oczywiście, że pan. Poznaję. Tak długo się nie widzieliśmy. Trzeba nadrobić czas utracony. Do widzenia. Nic się przecież nie zmieniło. No przecież mówiłem. Nic a nic…

Autor: Lech Galicki
Powróć na stronę: Lech Galicki.
Lech-Galicki - Poeta

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here