WOJNA – Droga do Sarajewa 1993 – Lech Galicki

1
239

Mówią, że wojna rodzi się w sercach ludzi. I nie mylą się. Mordowanie Sarajewa jest tego najlepszym przykładem. Rok 1993. Przyjechałam z wakacji i nagle otrzymałam niezwykłą wiadomość: mogę jechać do Sarajewa. Equilibre – Fundacja Humanitarna organizowała po raz piąty konwój z pomocą, wspólnie z organizacją pacyfistyczną MIR SADA – Pokój Teraz.  Dlatego też, w ślad za dwudziestoma ciężarówkami z żywnością, które 30 lipca wyruszyły z Krakowa, 2 sierpnia wyjechały z Warszawy samochody osobowe z ludźmi pragnącymi spotkać się w Sarajewie i zaprotestować, urządzić manifestację przeciwko wojnie. A było to bardzo niebezpieczne.

Wypowiedzieć wojnę wojnie jechała grupa dziennikarzy, mieszkańcy wielu polskich miast, między innymi Wrocławia, Krakowa, Warszawy, a nawet Grajewa. „Uczestników prosimy o zabranie ze sobą trwałej żywności na czas podróży (najmniej piętnaście kilogramów żywności w paczce dla mieszkańców Sarajewa), podstawowego wyposażenia kempingowego (tzw. śpiwory), apteczki indywidualnej, pojemnika na wodę (w Sarajewie nie ma wody), ważnego prawa jazdy i kamizelki kuloodpornej”. Nie wszyscy posiadali kamizelki kuloodporne.

Na miejscu mieli dołączyć politycy z całej Europy. Między innymi pani Mitterrand. Okazało się, że sytuacja w Sarajewie przybrała  tak niebezpieczny obrót, iż tzw. wielcy tego świata wycofali swój akces. Konsekwentni byli tylko polscy politycy: Jacek Kuroń, Adam Michnik, Marek Edelman, Zbigniew Bujak, Henryk Wujec, Jarosław Kaczyński… Co ciekawe, ten ostatni (Jarosław Kaczyński) jechał w konwoju samochodów osobowych, natomiast inni polecieli samolotami do Wiednia, a potem mikrobusem pojechali do Splitu, gdyż tam wyznaczono miejsce pierwszego spotkania „pielgrzymów” (protestujących przeciwko wojnie) z całej Europy i stamtąd miano wyruszyć razem do Sarajewa.

Pędziliśmy przez Europę jak szaleni. Jak pogotowie ratunkowe. A Stary Kontynent był jakby mocno uśpiony w swym dniu powszednim i nocy ciemnej. Kobiety z konwoju przywdziały szare stroje. Potem wyszło na jaw, że każdy z nas zrobił porządny rachunek sumienia z życia swego, poukładał w domu rzeczy osobiste… Coś kazało tak uczynić. Czekał na każdego z nas kraj wzburzony strasznym konfliktem i trudno w nim kulom się nie kłaniać, czy też prosto się nosić, bo nie wiadomo skąd rażą strzały lub serie ognia. Niektórzy skandowali nieśmiało: „Jedziemy na wojnę” i brzmiało to jak nerwowy śmiech.

O godzinie piętnastej przekroczyliśmy granicę w Cieszynie. Po czeskiej stronie chłopiec, gdy zobaczył plakaty na naszych pojazdach, umył nam szyby. Chcieliśmy mu zapłacić, ale on odpowiedział: „Nie, dziękuję, ja przecież wiem, że jedziecie do Sarajewa”. Pierwszy serdeczny gest. W Cieszynie dogonił nas dominikanin, ojciec Paweł Kozacki. Jechał jedną z ciężarówek. Przystanek w Baden pod Wiedniem. Na parkingu. Było ciepło. Rozkładaliśmy materace, śpiwory na stołach, pod ławkami, na trawie. Byle gdzie. Przejechaliśmy przez Słowenię, spokojne i zasobne państwo byłej Jugosławii. Na granicy z Chorwacją i skrupulatnie nas rewidowano. Poczuliśmy się trochę urażeni. Przecież jechaliśmy z pomocą humanitarną. Cóż – szukano karabinów. Wojna. Pierwsze większe miasto: Karlovac. Dziury postrzałowe w budynkach. W wielu domach brak szyb. Tylko zawieszone folie. Nie było widać armat ani czołgów. Pytaliśmy o sytuację, a było to tym łatwiejsze, że pilotował nas pułkownik Wiesław Kurzyca, który już wcześniej był tutaj na misji, znał język chorwacki i miejscowe warunki. Co chwilę telefonował i pytał: „Czy droga jest przejezdna?”, „Czy zaczął się lub skończył ostrzał?”, „Czy można jechać dalej?”. Wtedy zaczęło rosnąć napięcie. Czuliśmy, że wjechaliśmy w strefę wojny. Most zniszczony. Trzeba jechać górami. Małe, biedne miasteczka. Stare kobiety w czerni. W budynkach zasłonięte okna. Tu niedawno miała miejsce krwawa potyczka.

Miejscowi opowiadają, że to straszna siła, gdy człowiek ma broń. Wszystko może wtedy. Załatwić każdą sprawę jest w stanie. Nie tylko polityczną, narodowościową, religijną, ale zwyczajnie – sąsiedzką.

Do Splitu, miejsca zjazdu ludzi dobrej woli z całej Europy, którzy chcieli potem manifestować w Sarajewie, dojechaliśmy zgodnie z planem czwartego sierpnia po południu. Wyszło na jaw, że przed południem 1000-osobowa grupa francusko-belgijsko-włoska nie poczekała na nas, tylko powędrowała natychmiast w kierunku na północ, przez Prozar do Sarajewa. I nie wiadomo co się z nimi stało. Przedstawiciele EquiLibre poinformowali nas, iż dalej nie pojedziemy, gdyż pod Sarajewem trwają intensywne walki w okolicach Prozaru. Hiszpanie przybyli do Splitu z gitarami, śpiewali piosenki o Sarajewie, organizowali korowody, tańczyli. Włosi byli poważni. Powiedziałam do jednego z nich: „Jedziesz do Sarajewa i możesz zginąć. Tak jak i ja”. A on: „To jest wojna polityków. Wojna rządów. Chcemy zaprotestować i powiedzieć, że ludzie pragną normalnie żyć. Gdy zginę tam w imię ważnej sprawy, to lepsze to niż umrzeć w łóżku”.

W Splicie rozmawiałam z rodziną Chorwatów, którzy opowiadali, że w trakcie wymiany ognia groziła im utrata życia. Pokazywali – tu obok stał dom Serba. On wyjechał. Oni spalili ten dom. Twierdzili, że to był dobry sąsiad, ale jego dom spalili, aby tu już nigdy nie wrócił. Wieczorem przyszedł pułkownik Kurzyca i oświadczył nam, że obie organizacje EquiLibre i MIR SADA  nie chcą nas już dalej pilotować. Jest zbyt niebezpiecznie. W nocy przyszedł Wiesław Kurzyca i mówi: „Proszę bardzo, mogą państwo wyruszyć. Na własną odpowiedzialność. Potrzebne będą identyfikatory: imię, nazwisko, grupa krwi. Jest siedem linii frontu, strzela każdy do każdego, nie wiadomo skąd może przyjść kula, nawet jeżeli uda się państwu dotrzeć do Sarajewa, nie ma żadnej gwarancji, że stamtąd wrócicie. Możecie być żywą tarczą, zakładnikami.” Nastała cisza. Wszyscy podjęli decyzję: idziemy.

Jeszcze tego samego dnia wrócił z Prozaru Jarosław Kaczyński, który sam pojechał samochodem, dogonił grupę francusko-belgijsko-włoską. Otrzymała ona ultimatum, iż w ciągu 24 godzin musi opuścić Prozar, obojętnie w jakim kierunku. W stronę Sarajewa nie było to możliwe. Tam okropna bitwa. Pozostało wycofanie. Strach, zmęczenie, okropne ślady walki…

Wrócili szóstego sierpnia. Byli tak blisko Sarajewa. My postanowiliśmy jednak przekroczyć granicę Bośni.  Pojechać tak daleko, jak się da. Aby zostawić nasze 15-kilogramowe pakunki. W końcu trafiły one do obozu uchodźców niedaleko Splitu.

W drogę powrotną wyruszyliśmy siódmego sierpnia. W tym dniu miał się odbyć ogólnoeuropejski miting w Sarajewie. Wielki przenikał nas żal, iż nie było nam dane tam dotrzeć. Zrobiliśmy wszystko co było można. Do Polski wracaliśmy różnymi drogami. Jedyna w nas była nadzieja, że pokój, tak jak wojna, rodzi się w ludzkich sercach.

PS.

Pani Agacie Foltyn, dziennikarzowi radiowemu, człowiekowi pióra, autorce wielu reportaży prasowych ujętych w publikacjach książkowych, dziękuję za zgodę na przytoczenie fragmentów wywiadu udzielonego mi w 1993 roku, zaraz po powrocie z misji pokojowej do Sarajewa. Taki wyjazd to niewątpliwie trudna misja dziennikarska i obywatelska, wymagająca wielkiej odwagi i umiłowania prawdy. Tak jak sens dziennikarskiego zawodu.

Autor: Lech Galicki
Powróć na stronę: Lech Galicki.
Lech-Galicki - Poeta

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here