Wywiad: Major Romuald Kowalski – Żołnierz Armii Andersa

2
1760

Przeprowadziłem wywiad z majorem Romualdem Kowalskim, Prezesem Klubu Byłych Żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Urodzony 11 lutego 1922, w 1940 roku deportowany do Kazachstanu, uczestnik walk pod Monte Cassino, przeszedł cały szlak z generałem Andersem, po wojnie powrócił do Polski i był represjonowany przez sowieckie władze. Ojciec zginął prawdopodobnie w Charkowie. (Wywiad z około 2005 roku, miałem ~16 lat)

 Zamieściłem wiele, ciekawych zdjęć z prywatnego albumu pana Romualda.

Dariusz Matecki: Pamięta Pan jakieś wydarzenia z dzieciństwa, które szczególnie utkwiły Panu w pamięci ?

mjr Romuald Kowalski:  2 lata temu nie wiedziałem jeszcze co stało się z moim ojcem. Myśmy mieszkali przed wojną na Wołyniu, ja uczyłem się w liceum Szmienieckim. Rodzice moi pochodzą z Podola – Zbaraż, Kamieniec Podolski i  okolice, o których Sienkiewicz pisze tak ładnie. Tam moi dziadkowie, rodzice mojej mamy, mieli duży majątek, dobrze im się powodziło, ale jak przed bolszewikami uciekali to tylko zaszyli w ubraniach „złote ruble” – małe jak nasze dwuzłotówki nawet mniejsze troszeczkę, 22 karatowe złoto i sobie pozaszywali trochę… kilkadziesiąt tych monet w ubrania i to był ich cały majątek, tylko to ze sobą zabrali – co mieli na sobie, więcej nic. Także moi przodkowie stracili dorobek swojego życia i zamieszkali na Wołyniu. Ojciec był w carskiej armii oficerem i jak uciekł od bolszewików to wstąpił do Wojska Polskiego był oficerem w 13. Pułku Artylerii Lekkiej w Równym na Wołyniu, a ponieważ urodził, wychował i wykształcił się w Rosji to perfekcyjnie znał język rosyjski. Już po wojnie oddelegowali go z wojska do ‚policji granicznej’, którą następnie przekształcono w Korpus Ochrony Pogranicza (KOP). No i tam na granicy z Rosją Sowiecką w Korcu ojciec był dowódcą kompanii KOP. Ja jako mały pędrak ( miałem wtedy 2,5 roku jak byliśmy tam na granicy ) pamiętam jeszcze do dzisiaj, to był rok 1924. Na Boże Narodzenie choinka taka duża stała, ubrana w ozdoby – jak do naszego domu przyszło kilku oficerów z żonami, na chrzciny mojej siostry. Kolejnym moim wspomnieniem z tych najmłodszych lat, które utkwiło mi w pamięci jest obraz granicy polsko – rosyjskiej. Wymiana handlowa ograniczała się do skór, alkoholu i tytoniu. Jako dziecko chodziłem oglądać te wozy przyjeżdżające i wjeżdżające do Polski. Pośrodku, pomiędzy strażnicą polską i strażnicą rosyjską była strefa neutralna pośrodku, której stała wielka studnia z żurawiem, z której czerpano wodę do pojenia koni. Polska straż graniczna, czyli żołnierze, których nazywano policjantami – to była piechota, natomiast Rosjanie – bolszewicy – mieli po swojej stronie kozaków. To była jakaś grupa kozacka, oni jeździli wzdłuż granicy  na koniach i czasami brali mnie ci żołnierze kozaccy przed siebie na siodło i wozili. Mama moja „ręce załamywała” i zadawała sobie pytanie „czy oni mnie oddadzą” <śmiech> . Zabroniła mi w ogóle tam chodzić. Niemniej żołnierze wystrugali mi z kawałka deski karabinek, rzemień przymocowali i miałem „karabin”. Oni maszerowali, a ja za nimi.

 

D.M.: Ma pan jakieś zdjęcia z tamtego okresu ?

R.K.:     Nie, nic z tamtych lat nie ostało się. Kontynuując, ja maszerowałem za nimi z tą moją „bronią”. Nazywali mnie „Aldek” i zawsze się mnie pytali „Aldek, a gdzie Ty idziesz?”, a ja odpowiadałem „Na służbę idę”. To pamiętam dosyć dobrze, ten okres jak byliśmy na granicy. Jednak ze względu na to, że ojciec znał bardzo dobrze rosyjski – przenieśli go do wywiadu wojskowego, gdzie pozostał do czasu drugiej wojny światowej. W czasie wojny został zmobilizowany i poszedł na wojnę. Był w zgrupowaniu generała Kleeberga – Samodzielnej Grupie Operacyjnej. W październiku 1939 roku walczyli jeszcze, ale zabrakło amunicji, zabrakło leków dla rannych i musieli skapitulować. Ojciec dostał się do niewoli niemieckiej, gdyby dostał się od razu do niewoli radzieckiej to całkiem prawdopodobne, że jako byłego żołnierza carskiego – rozstrzelaliby go. Z niewoli hitlerowskiej uciekł po drodze jak prowadzili ich do obozu jenieckiego i pod koniec roku 1939 wrócił do domu. Od razu, jak tylko przyszedł zwinęli go. Przyszło dwóch enkawudystów, sowieckich oficerów i jeden Ukrainiec z czerwoną opaską, z karabinem w cywilnym ubraniu i jeden Żyd. Ten Żyd pokazał: „To jest oficer Wojska Polskiego”. No i ojca na początku 1940 roku aresztowali, po czym ślad o nim zaginął. Dopiero od pani przewodniczącej Rodzin Katyńskich w Szczecinie dowiedziałem się, że ojciec zginął. Znalazłem jego imię i nazwisko w jakieś nowo wydanej książce Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, opisany był jako „Oficer rezerwy, artylerii”. Z tamtych informacji wynikało, że wywieźli go do wojewódzkiego miasta – do Równego. Stamtąd go zawieźli do Kijowa w maju 1940 roku, natomiast później ślad o nim zaginął, ale jest na liście zamordowanych, więc prawdopodobnie gdzieś tam, w okolicach Kijowa jest pochowany.

 

D.M.:  To Pan dowiedział się o tym wszystkich dopiero 2 lata temu ?

R.K.: Tak, dopiero teraz się dowiedziałem.

 

D.M.:  Musiał Pan to bardzo przeżyć…

R.K.:     No tak, oczywiście. Przez tyle lat nie wiedzieliśmy, czy ojciec żyje, czy został zamordowany. Do tej pory nie wiemy gdzie dokładnie został pochowany. Jak byliśmy jeszcze na Syberii w 1941 roku to Stalin ogłosił szumnie „amnestię” mówiącą o tym, że Polacy podlegają zwolnieniu z więzień i łagrów. Przyjechał wtedy do naszego kołchozu fotograf wraz z oficerem NKWD i robili nam zdjęcia do dowodów, ponieważ nie mieliśmy żadnych dokumentów, gdyż wcześniej nam je odebrano. Wszystkie trzynaście rodzin które tam były, były to przeważnie matki z zupełnie małymi dziećmi, albo z trochę starszymi. Każda rodzina z tym oficerem rozmawiała. Miał on taki wielki wykaz, o wszystkich, gdzie, kto i kiedy był wywieziony. Zatem spytaliśmy się go o naszego ojca, stwierdził, że w okolicach Kijowa był w obozie jenieckim i jak Niemcy napadli na ZSRR to kolumna jeńców – oficerów polskich była prowadzona na wschód, żeby nie wpadli w ręce niemieckie. Chcieliśmy wiedzieć co się dalej z nim stało. Odpowiedział, że Niemcy zbombardowali uciekających i ojciec tam zginął. Tak oni tłumaczyli, więc ja byłem przekonany, że to była prawda. Dopiero później, jak wyszła na jaw sprawa Katynia, to wtedy pomyślałem sobie, że to nie Niemcy go zabili, ale enkawudyści. No, a dopiero teraz, w tej książce jest czarno na białym, kto był winien jego śmierci.

 

D.M.:  Gdzie mieszkał Pan przed rozpoczęciem II Wojny Światowej ?

R.K.: Przed wojną mieszkaliśmy w powiatowym mieście Zdołbunowie na Wołyniu, około 20 kilometrów od granicy polsko – sowieckiej. Tam ukończyłem cztero-letnie gimnazjum ogólnokształcące i dostałem się do liceum Krzemienieckiego, oddalonego około 60 kilometrów od Zdołbunowa. Przed wojną była to bardzo słynna szkoła i nazywano ją „Atenami Wołyńskimi”. Naszymi nauczycielami byli ludzie, którzy ukończone mieli po dwa, a nawet po trzy fakultety, co w tamtych czasach było nie lada osiągnięciem. Niestety nie udało mi się ukończyć tego liceum, ponieważ naukę przerwał wybuch wojny we wrześniu 1939 roku. Odbyłem tam jednak pierwsze w życiu zajęcia przysposobienia wojskowego, które prowadzili oficerowie i podoficerowie 12 Pułku Ułanów Podolskich.

 

D.M.: Co Pan robił w chwili wybuchu wojny ?

R.K.:  Już na początku września, mając zaledwie 18 lat wstąpiłem do Batalionu Obrony Narodowej. Pełniliśmy warty przy stacji węzłowej niedaleko mostów kolejowych. 17 września, w niedzielę wkroczyli Rosjanie. Straszne to było. Dla mnie były to najgorsze i najstraszniejsze chwile życia. Runęło wszystko w co wierzyłem i co szanowałem: godło polskie, flaga polska, nasza niepodległość. Raptem wkraczają obce wojska, zaszmelcowane, w brudnych mundurach. Ciągnęły się one bardzo długo, całe kolumny obdartusów przechodziły ulicami naszych miast, małe wychudzone konie ciągnęły armaty – nędzne to wszystko było, a jednak dosłownie deptało ukochane polskie symbole.

 

D.M.: Jak wyglądało życie pod okupacją sowiecką ?

R.K.: Ja nazywam to „czarną nocą okupacji”. Nic nie było do jedzenia, panował powszechny głód, o mięsie to nawet marzyć nie było sensu. Aby cokolwiek kupić trzeba było wyczekiwać w „kilometrowych” kolejkach. Nie można było dostać nawet podstawowych produktów żywnościowych: cukru, mąki, ziemniaków. Ten stan trwał od chwili wkroczenia sowietów – 17 września. Nasze pieniądze jakiś jeszcze czas były w obronie, ale bardzo szybko wprowadzono ruble. Wymiana pieniądza była jednak bardzo ograniczona, ktoś mógł mięć tysiące złotych, a otrzymywał jedynie przydział rubli przypadający na każdego mieszkańca. Sowieci zaczęli wydawać dowody osobiste. Pracy nie było. Od samego początku rozchodziły się pogłoski o szykowanych wywózkach Polaków, wzmagane ciągłymi, bezpodstawnymi aresztowaniami.  Właśnie dzięki tym plotkom zaczęliśmy gromadzić zapasy żywności na wypadek wywiezienia. Za resztki pieniędzy kupowaliśmy co się dało, robiliśmy zapasy mąki, tłuszczu.

 

D.M.: Kiedy rozpoczęły się pierwsze deportacje Polaków na Sybir z Pana otoczenia?

R.K.: Pierwsze wywózki rozpoczęły się 10 lutego 1940 roku, wywieźli wtedy siostrę mojej mamy, z dwojgiem małych dzieci, jedno miało 6 lat, drugie 4. Niedługo później, podczas tzw. „drugiej wywózki”, 13 kwietnia deportowano mnie i moją rodzinę.

 

D.M.: Jak odbywała się deportacja ?

R.K.: Przyszli po nas w nocy, zaraz po północy. Przyszło dwóch żołnierzy z bagnetami na karabinach, Ukrainiec z czerwoną opaską na ramieniu – milicjant i dwóch oficerów NKWD. Zrobili rewizję mieszkania, wszystko przetrzepali. Szukali przede wszystkim broni, ale również przykładowo złota. Pozabierano nam wszystkie fotografie, głównie zainteresowani byli tymi dotyczącymi ojca – oficera rezerwy. Następnie dali nam godzinę na spakowanie się. Mogliśmy zabrać jedynie po jednym tobołku na osobę. Wszyscy oni wyszli i zostawili jedynie jednego żołnierza na straży przy drzwiach. Zarówno moja 16-letnia siostra jak i matka przez cały czas trwania rewizji płakały nie mogąc się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Ja aż dygotałem ze zdenerwowania. Spakowaliśmy się i wtedy jak mieliśmy już wychodzić, żołnierz pilnujący nas – bardzo młody chłopak, szepnął nam abyśmy wzięli wszystko co tylko możemy, ponieważ wywożą nas na Sybir. Wcześniej jednak enkawudyści okłamali nas i deklarowali, że jedziemy jedynie na jakiś czas do centralnej Polski. Dzięki temu młodemu żołnierzowi doładowaliśmy do naszych „bagaży” bardzo wiele potrzebnych rzeczy. Jak opuściliśmy nasze mieszkanie, przyjechały dwa wozy, na które musieliśmy się załadować.

 

D.M.: Pan te wszystkie informacje pamięta tak doskonale z własnych przeżyć, czy z późniejszych opowieści mamy ?

R.K.: Mówiąc szczerze, ja nie pamiętam nazwisk kolegów sprzed kilkunastu lat, natomiast tamte wydarzenia bardzo szczegółowo utkwiły mi w pamięci. Tak traumatycznych wspomnień nie da się zapomnieć.

 

D.M.: Proszę kontynuować, jak dalej wyglądała deportacja.

R.K.: Nad ranem, gdy już świtało dowieziono nas na stację kolejową, gdzie stały wagony towarowe, które miały zakratowane okienka (żeby nie można było z nich uciec). Czekaliśmy aż do wieczora, przez cały czas zwożono kolejne rodziny: głównie matki z dziećmi i starymi rodzicami, ponieważ znaczna część mężczyzn była zwyczajnie aresztowana. Bardzo wielu było starych niedołężnych Polaków, którzy nie mogli sami chodzić. Strasznie wyglądy sceny jak żołnierze sowieccy nieśli starsze osoby z wozów konnych i wrzucali niczym towar do tych wagonów. W każdym wagonie był wycięty otwór w podłodze służący jako toaleta, zatem warunki sanitarne były tragiczne, zważywszy na to, iż w jednym wagonie jechało około 50 – 60 osób. Bardzo wiele dzieci i osób starszych było chorych, dopiero co skończyła się zima, toteż bardzo liczne były zwykłe przeziębienia – bardzo groźne w warunkach całodziennych podróży w zimnych wagonach, ogrzewanych jedynie marnymi pojedynczymi piecykami, do których bardzo często brakowało opału.

W drogę ruszyliśmy dopiero późno wieczorem. Byłem tam świadkiem  niezliczonych ilości dramatów ludzkich, płaczu i tragedii ludzi zsyłanych na daleki Sybir jedynie za to, że byli Polakami. Jechaliśmy na wschód z długimi przerwami na bocznicach, nie wiedzieliśmy dokładnie dokąd. Praktycznie w ogóle nie zaopatrywano nas w wodę i jedzenie. Każdy musiał korzystać z własnych zapasów wziętych z domu. Dopiero na Uralu, na jednej ze stacji (o dziwo!) dostaliśmy gorące parówki, chleb i wrzątek. Przez całą drogę, dało się słyszeć płacz i histerie szczególnie kobiet, bardzo często spotęgowane tym, że ciała umarłych (głównie dzieci i starców) wyrzucane były w czasie jazdy z wagonów, a nie normalnie chowane. Straszne rzeczy się tam działy!

Następnie po trzech tygodniach, Linią Transsyberyjską, dojechaliśmy do stacji Mamlutka, w pobliżu miasta Omsk w północnym Kazachstanie. Tam właśnie na bocznicy, pociąg się zatrzymał i kazano nam wysiadać i wyładować bagaże. Był wtedy bardzo zimny maj – śnieg leżał jeszcze na polach.  Na całe szczęście nikt z mojej rodziny w czasie podróży się nie rozchorował. Dobrze, że byliśmy już z siostrą trochę starsi i pomagaliśmy sobie wzajemnie i wspieraliśmy się. Szczęśliwie wzięliśmy również ciepłe ubrania oraz kołdry i poduszki, dzięki, którym było nam ciepło w mroźne noce w pociągu.

Ze stacji zabrały nas ciężarówki, na które załadowaliśmy swoje bagaże. Oznajmiono nam, że będą nas rozwozić po najróżniejszych kołchozach w okolicy. My trafiliśmy do oddalonego o 35 kilometrów (około godzinę drogi) kołchozu wraz z trzynastoma innymi rodzinami. Tam na środku kołchozu nas wysadzili i odjechali. Byliśmy bardzo zdziwieni, ponieważ kompletnie nikt się nami nie zajmował.  Dopiero po kilku godzinach zaczęli się zjawiać mieszkańcy kołchozu. Przyglądali się nam i decydowali kto kogo przyjmie do swojego mieszkania. Jako, że moja mama była pochodzenia rosyjskiego, tam się wychowała i znała bardzo dobrze rosyjski to zaczęła rozmawiać z tamtymi ludźmi. Po jakimś czasie zaczęli nas zapraszać do swoich skromnych domostw. My szczęśliwie trafiliśmy do domu młynarza, który obsługiwał wiatrak stojący pośrodku kołchozu. Dom ten w porównaniu z lepiankami w jakich mieszkali inni ludzie był zdecydowanie lepszej jakości, jako że składał się z kilku pokoi, ściany były otynkowane, a okna szczelne, zaś w lepiankach była jedynie jedna izba wykopana w ziemi, z której wystawała rura od piecyka. Szczęściem było również i to, że trafiliśmy do kołchozu, a nie na północ do tajgi (gdzie trafiła siostra mojej mamy). Tam, praca była o wiele cięższa i zdecydowanie trudniej było zdobyć pożywienia. My, jak przyjechaliśmy do kołchozu, ujrzeliśmy przed każdą chatą wielką górę ziarna, tego roku był tam wielkim urodzaj. Nie było ono zabierane przez państwo, bo każdy kołchoz był zobowiązany odstawić dla państwa jedynie daną ilość płodów rolnych, a jeśli zbiory przekraczały ten limit to pracownicy mogli podzielić między sobą ziarno. Dzięki temu, jako chyba nieliczni zesłańcy polscy nie cierpieliśmy klęski jaką był głód – mieliśmy zapewniony chleb. Przez całe dwa lata nie doskwierały nam przeciwności losu. Mama z siostrą nie pracowały, na mnie spadło utrzymanie rodziny. Dzięki temu, że w szkole w Polsce nabyłem wiele praktycznych umiejętności (których obecnie w szkołach się już niestety nie uczy), między innymi: stolarskie, ślusarskie, czy elektryczne znalazłem pracę jako pomocnik w kołchozie – lutowałem kołchoźnicom garnki, naprawiałem stołki, drzwi, heblowałem deski itp. Za pracę płacono mi w naturze – dostawałem kury, jajka, mleko, czy mięso. To, co bardzo źle wspominam z kołchozu, to czas kiedy musiałem zostać rzeźnikiem – przyszła do mnie kołchoźnica i kazała mi zabić świnię, nigdy wcześniej tego nie robiłem i byłem bardzo przestraszony… było to dla mnie makabryczne przeżycie, ponieważ oprócz zabicia świni musiałem również zdjąć z niej skórę (oddawaną na „potrzeby państwa”).

Należy zaznaczyć, że praktycznie nikt w kołchozie nie miał dowodów tożsamości i nie mógł opuszczać kołchozu bez zgody zarządcy ośrodka gdzie się pracowało. Jeśli ktoś uciekł bez takiej zgody był zwyczajnie aresztowany i traktowany jak kryminalista.

Łącznie w kołchozie przebywałem do końca 1941 roku. Przez cały ten czas ciężko pracowałem. W listopadzie 1940 roku dostałem wezwanie do Komendy Wojskowej. Pojechałem tam z jako jedyny z mego kołchozu i powiedziano mi, że mam się stawić w późniejszym terminie na komisję wojskową w związku z tym, że podpisana została umowa pomiędzy Rządem Polskim a Związkiem Radzieckim o utworzeniu na terytorium ZSRR Armii Polskiej. Co ciekawe spotkałem tam wielu młodych ludzi, potomków zesłańców polskich z roku 1863, mówili oni bardzo płynnie po polsku, co było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Śpiewali patriotyczne pieśni i znali polską kulturę – nauczyli ich tego dziadkowie i rodzice. Niestety, ale ich kandydatury były odrzucane przez sowietów, dlatego że traktowani byli jako obywatele sowieccy, którym nie przysługuje prawo dołączenia do Polskiej Armii. W styczniu 1942 roku pojechałem na polsko – sowiecką komisję wojskową (głównie lekarki były Rosjankami). Właśnie przed tymi lekarkami i osobami reprezentującymi Konsulat Polski musieliśmy się rozbierać i defilować – dla młodego chłopaka był to koszmar, ponieważ bardzo się wstydziłem. Zostałem zakwalifikowany do wojska i wyznaczyli mi termin stawienia się w sztabie. Po powrocie do domu, nie wiedziałem co czynić, czy zostawić mamę z siostrą, czy iść walczyć przeciwko wrogom do Armii Polskiej. Wtedy we wszystkie miejsca gdzie przebywali Polacy zaczęli jeździć polscy wysłannicy, którzy deklarowali, że żołnierze będą mogli zabierać ze sobą rodziny – „kamień spadł mi z serca”. Jednak jak się później okazało, mamie i siostrze nie udało się dotrzeć do Armii Andersa i do kraju powróciły dopiero w 1946 roku w czasie repatriacji. 7 lutego 1942 roku z dworca w Mamlutce pojechaliśmy w około 100 osób, młodych około dwudziestoletnich chłopaków. Po kilku dniach jazdy zatłoczonymi pociągami osobowymi dojechaliśmy do dużej stacji w Nowosybirsku, a następnie czekaliśmy trzy dni na kolejne połączenie kolejowe do miejscowości Ługowaja. Tam było dowództwo dywizji, na którego czele stał pułkownik Szmidt. Tam też miała miejsce kolejna komisja przydzielająca tym razem do danych profesji wojskowych. Ja, jako że ojciec był oficerem artylerii oraz dwaj bracia mamy również byli oficerami artylerii, chciałem pójść w ich ślady i dostać się też do artylerii. Przydzielono mnie do 10 Pułku Artylerii. Dostaliśmy pierwsze mundury. Były to mundury angielskie, wraz z bielizną, swetrami, płaszczami, kocami; wszystko to było wełniane i bardzo ciepłe. Oprócz tego dano nam sznurowane buty. Spaliśmy tam w sowieckich namiotach. Były one połatane, dziurawe i niezbyt nadające się do użytku, ponieważ było w nich strasznie zimno. W jednym namiocie mieściło się ośmiu ludzi. Spaliśmy po dwóch, aby było cieplej. Nie było tam żadnych pryczy, jedynie wyłożona słoma. Było tak zimno, że jak zostawialiśmy buty w namiocie to z rana były one  zamarznięte na kość. Nie można było ich włożyć. Jedynym pocieszeniem był piękny widok na góry Kaukazu, który roztaczał się z naszego obozu.

 

D.M.: Jak wyglądała sytuacja zdrowotna nowych rekrutów do Polskiej Armii ?

R.K.: Ludzie zapisujący się do Armii Andersa przybywali z najróżniejszych zakątków Rosji. Wielu z nich po miesiącach wyniszczającej pracy w tajdze, czy na kazachskich stepach byli brudni, schorowani, chudzi, niektórzy wyżsi ode mnie ważyli po 40 kilogramów. Niewyobrażalne, ale mężczyźni o wzroście 190 cm tyle ważyli, ale takie były realia panujące w sowieckiej Rosji. Bardzo szybko rozpowszechniały się choroby, np tyfus, przez który zmarło bardzo wielu ludzi. Warunki sanitarne były bardzo marne, brakowało lekarstw. Co kilka dni prowadzili nas do łaźni na dezynfekcję. Do wielkiego zbiornika wpakowali nasze ubrania, a my nago wychodziliśmy.

Major Romuald Kowalski - Żołnierz Armii Andersa
Major Romuald Kowalski – Żołnierz Armii Andersa

 

D.M.: Czy odbywały się tam jakieś szkolenia wojskowe ?

R.K.: Nie, mieliśmy jedynie musztrę i marsze. Nie było tam dobrych warunków do tego. Nie sprzyjały nam warunki atmosferyczne, ale również ciągłe braki racji żywnościowych, spotęgowane tym, że musieliśmy się nimi dzielić z polską ludnością cywilną, która otaczała obozy w nadziei wyrwania się wraz z armią z sowieckiego piekła. Wstawaliśmy rano głodni i najczęściej kładliśmy się spać również głodni. Strasznie tam było.

 

D.M.: Jak długo Pan tam przebywał ?

R.K.: Byłem tam od lutego 1942 roku do około 20 marca 1942 roku. Wtedy właśnie na szczęście opuściliśmy tamto miejsce. Wieźli nas kilka dni do portu w Krasnowodsku nad Morzem Kaspijskim. Zygmunt Berling był tam komendantem obozu przejściowego (bazy ewakuacyjno – zaopatrzeniowej) podobnego do obozu w Ługowoi. Na pustyni stały liczne podniszczone namioty. Tym razem jednak zamiast mrozów natrafiliśmy na zaduch i duchotę, a także na gwałtowne wiatry, w czasie których nie można było się normalnie poruszać ze względu na tumany piasku uderzające w twarz. Tam, po dosyć krótkim pobycie, załadowali nas na puste tankowce, które pływały wypełnione ropą naftową, toteż unosił się ogólny bardzo nieprzyjemny zapach. Podczas podróży morskiej, spotkał nasz sztorm. Bardzo źle wspominam tę podróż, praktycznie przez cały czas chorowałem. Po tej męczącej podróży dobiliśmy w pobliże portu, do którego jednak tankowce nie wpływały ze względu na płytkość wody. Na ląd przetransportowano nas barkami.

Armia Andersa Barka

Armia Andersa Barka

 

 

D.M.: Jakie było Pana pierwsze wrażenie po opuszczeniu tankowca ?

R.K.: Po zejściu na ląd przeżyłem prawdziwy szok wynikający z kontrastu pomiędzy kołchozem i obozami wojskowymi w sowieckiej Rosji, gdzie brakowało wszystkiego, począwszy od elektryczności skończywszy na środkach sanitarnych, a  warunkami w tym portowym mieście, które tętniło życiem. Wszędzie wystawne eleganckie kawiarnie, bawiący się ludzie, sklepy pełne żywności, nowoczesne samochody. Wyglądaliśmy bardzo dziwnie na tle tamtejszego sielankowego obrazu. Ubrani byliśmy w grube żołnierskie mundury, a na plecach nosiliśmy brudne koce zwinięte w tobołki. Nie wyglądaliśmy jak stacjonujące tam brytyjskie wojsko. Wprowadzono nas na rozległą plażę, gdzie postawiliśmy swoje zniszczone namioty. Tak spędziliśmy pierwszą noc po wyjściu z sowieckiego piekła. Na drugi dzień angielskie kuchnie dały nam śniadanie: herbatę z mlekiem, biały chleb, masło, boczek wędzony – (śmiech!) ponad dwa lata tego na oczy nie widziałem! Bardzo wiele jedzenia. Pochłonęliśmy to śniadanie dosłownie w minutkę. Następnie wprowadzono nas do łaźni – wielkich namiotów w kształcie domków, połączonych jedne z drugimi. Zanim do nich weszliśmy kazano nam wszystkie ubrania rzucić na stos: mundury, bieliznę, płaszcze. Powodem tego był fakt, że wracając z Rosji większość naszych ubrań była strasznie brudna i zawszona. Musieli je spalić. W pierwszym pomieszczeniu, nakazano nam wszystkim się rozebrać do naga, a zostawić jedynie wojskowe dokumenty. Następnie Hindusi z turbanami na głowach ogolili nam maszynkami wszelki zarost na ciele. W drugim namiocie Hindusi rozdawali ręczniki, mydło, a następnie kierowali nas pod prysznice, gdzie o dziwo! była ciepła woda. Po kąpieli rozdawano nam zupełnie nowe mundury, bieliznę, skarpetki, płaszcze. Wszystko nowe. Jak wyszliśmy z namiotów ujrzeliśmy potężny płonący stos naszych starych ubrań i tylko słyszeliśmy jak wszy trzaskały. Tam również była możliwość podjęcia leczenia bardzo licznej rzeszy ludzi chorych, między innymi na tyfus. Niestety, ale w Rosji, bardzo wielu z nich, niedożywionych, zziębniętych zmarło w strasznych męczarniach.

Po wyjściu z namiotów, byliśmy wreszcie czyści, ubrani w nowe mundury, wypłacono na pieniądze w walucie perskiej nazywające się ówcześnie „tumanami”, wtedy mogliśmy pójść obejrzeć miasto i coś tam sobie kupić. Poszliśmy zatem i ujrzeliśmy piękne dzielnice willowe, wszędzie rosły palmy – byliśmy zachwyceni. Jak doszliśmy do restauracji i ujrzeliśmy wielkie stosy ryżu i innego jedzenia, którego od tak dawna nie jedliśmy. Na ladach stały kilogramy chałwy, gdy ujrzeliśmy te wszystkie dobra to myśleliśmy, że jesteśmy w raju! Rzuciliśmy się na ten lokal jak wilki, wszystko zamawialiśmy. Wielu z nas dostało później choroby wynikającej z przejedzenia, ponieważ po tylu miesiącach głodówki, wreszcie obżarliśmy się za przeproszeniem do syta.

Andersa-Armia
Rozlokowano nas po różnych obozach, wedle przynależności do danej wojskowej profesji: artyleria razem, piechota razem itp. Tam właśnie połączyliśmy się z Brygadą Strzelców Karpackich gen. Stanisława Kopańskiego, która wcześniej broniła Tobruk przed nazistami. Wtedy też pierwszy raz otrzymaliśmy broń.  Na plaży pozostaliśmy jeszcze przez kilka dni. Następnie przetransportowano nas w okolice Teheranu, do miejscowości Ismahad. W tym mieście byliśmy zaledwie dwa dni i stamtąd pojechaliśmy do Iraku, do miasteczka Hamanija. Tam przebywaliśmy tydzień. Upał był niesamowity. Szczególnie go odczuwaliśmy, ponieważ mieliśmy wełniane mundury. Później jechaliśmy przez Transjordanię aż dotarliśmy do Palestyny. Była to połowa kwietnia 1942 roku. Tam ponownie zmieniliśmy mundury, tym razem na tropikalne, w których możliwa była normalna egzystencja podczas wielkich upałów. Od samego początku bardzo aktywnie zajęły się nami służby medyczne, masę zastrzyków nam dano, przeciwko różnym tropikalnym chorobom. Ulokowali nas w okolicach obecnej Strefy Gazy. Wszystkim zarządzali Anglicy. Znajdowały się tam łaźnie i baraki, gdzie znajdowały się świetlice, w których wyświetlali nam filmy. Dookoła naszego obozu rosły gaje oliwne, cytrusowe, gdzie rosły niezliczone ilości pomarańczy.

Ściana-Płaczu-Armia-Andersa

W Palestynie oprócz szkolenia wojskowego, w których zaraz powiem kilka słów, zadbano, aby młodzież miała możliwość nauki. Dla młodych chłopców utworzony został Korpus Kadetów. Przechodzili oni normalne szkolenie: szkołę podstawową, gimnazjum i liceum. Szkolenie to kończyli maturą. Przez całą wojnę, co było fenomem w tego typu armiach, mogli ci młodzi chłopcy odbierać wszechstronne wykształcenie. Dla nas natomiast – tych, którzy w przed wojną rozpoczęli już naukę w liceum zorganizowano kursy maturalne. W niecały rok ukończyłem kurs i zdałem maturę, dzięki czemu poszedłem później do Szkoły Podchorążych. Musiałem niektóre przedmioty – jak trygonometrię – mieć „w małym paluszku”, ponieważ potrzebowałem tego do ostrzeliwań artyleryjskich. Nie było wtedy komputerów, wszelkie obliczenia trzeba było robić ręcznie.

Rekrutci-Andersa

 

W Palestynie zaczęli nas intensywnie „dokarmiać”. Jak nas było ośmiu w namiocie to wydawali nam biały chleb, szprotki, boczek wędzony, szynkę. Wyżywienie pierwszorzędne. Na obiad zupy i mięsne drugie dania. Na deser dostawaliśmy najróżniejsze egzotyczne owoce: pomarańcze, daktyle, cytryny. Pochłanialiśmy te racje całe, ponieważ wielu z nas nadal bardzo dobrze pamiętało, czym był głód. Powoli nabieraliśmy ciała i z „wychudzonych szkieletów” powracaliśmy do zdrowego wyglądu. Codziennie się obowiązkowo gimnastykowaliśmy i przechodziliśmy szkolenie wojskowe. Dostaliśmy wtedy działa, jako że byłem w lekkiej artylerii to wreszcie mogłem trenować. Armata ważyła ok 1863 kilogramy, trzeba było ją oporządzić, odpowiednio wkopać w ziemię i przede wszystkich nauczyć się z niej strzelać. Ćwiczenia w dnia na dzień stawały się coraz bardziej intensywne, aż w końcu w strzelaniu doszliśmy do perfekcji. Szkolenie to było bardzo ciężkie i męczące.  Nauczycieli mieliśmy zaprawionych w bojach żołnierzy Brygady Karpackiej. Szkolono nas również jak posługiwać się bronią, np. pistoletami maszynowymi. Zawsze mi się udawało dostać z celności piątkę, co być może wiązało się z tym, że już w przedwojennej Polsce, w szkole przeszedłem przeszkolenie wojskowe.  W szkołach wpajano nam wtedy miłość do ojczyzny i większość ówczesnej młodzieży rwała się do wojska, aby bronić ojczyzny. Zaczęły działać polskie organizacje kulturalne.

Żołnierze Andersa


To intensywne szkolenie trwało do września 1942 roku, kiedy to przeniesiono nas ponownie do Iraku – do Basry. Stamtąd trafiliśmy pod Bagdad, a następnie do miejscowości Kirkuk w Kurdystanie. Tam było wielkie miasteczko namiotów, w którym znajdowało się dowództwo dywizji. W pobliżu było bardzo wiele wież wiertniczych, pompujących ropę, które mieliśmy ochraniać. Odbywały się tam także dalsze szkolenia z „ostrego” strzelania na pustyni. Pewnego letniego dnia 1943 roku podczas ćwiczeń wizytę złożył nam generał Anders. Przyjechał przeprowadzić przegląd wojska przed powrotem do Palestyny. Panował wtedy okropny żar, było bardzo gorąco. Defilowaliśmy przed nim cali spoceni, ale jednocześnie dumni, że widzimy człowieka, który uratował nas od męczarni w sowieckich łagrach. Muszę przyznać, że jako dowódca gen. Władysław Anders cieszył się wielkim autorytetem wśród polskich żołnierzy. Był on bardzo wymagający, ale zdecydowanie dbał o nas. Młodzież ukończyła zdobywała edukację, działały polskie organizacje kulturalne.

Armia Andersa
Armia Andersa

 

D.M.: Gdzie następnie przetransportowano polskie wojsko ?

R.K.: W lecie 1943 roku powróciliśmy do Palestyny. Przeprowadzane były tam, a także w Syrii i Libanie ogromne manewry z udziałem całego naszego korpusu. Po ich zakończeniu odbywały się na terenie kolejne szkolenia, tym razem w górach. Piechota ćwiczyła wspinaczkę w pełnym oporządzeniu. Przydało się to w późniejszych walkach we Włoszech.

33

Korpus nasz początkowo miał zostać przerzucony do Grecji, w trakcie załadunku okazało się, że Niemcy zajęli całą Grecję, w związku z tym odwołano naszą misję w tamtym państwie i zdecydowano o udziale naszych wojsk w walkach we Włoszech. W grudniu 1943 roku z portu w Aleksandrii dostałem się drogą morską do Włoch. Płynęliśmy towarowymi statkami. Desant naszego wojska został rozłożony w czasie i praktycznie każdy dywizjon płynął w innym terminie, miało to zapobiec zatopieniu znacznych sił polskich przez niemieckie łodzie podwodne. Mogłoby to znacznie osłabić nasz Korpus, do czego generał Anders nie chciał dopuścić. Należy zauważyć, że oprócz ludzi, transportowano również działa, w tym te najcięższe, czołgi i wiele innych pojazdów bojowych. Całą akcję prowadziła flota aliancka (głównie brytyjska).

34

Wylądowałem w miejscowości Taranto na południe od Bari. Tam przez dwie kolejne noce spaliśmy w namiotach. Po połączeniu wszystkich dywizjonów, i dotransportowaniu całego potrzebnego sprzętu wojskowego (działa, samochody), przerzucili nas na północ na tzw. „front zimowy”. Było zimno, w górach padał śnieg, wielkie zaspy się tworzyły – toczyliśmy zatem walkę pozycyjną. Piechota siedziała w zakamarkach skalnych. Tam też zetknęliśmy się pierwszy raz z wrogiem i odniosłem pierwszą ranę: podczas niemieckiego ostrzeliwania siedziałem w piwnicy pewnego domostwa wraz z dowódcą baterii. Podczas ostrzału dom został całkowicie zniszczony, a trzymało się jedynie podpiwniczenie. Uszkodziłem sobie wtedy nogę i znalazłem się w szpitalu.

 

35

D.M.: Jak odnosiła się miejscowa włoska ludność do żołnierzy polskich ?

R.K.: Odnosili się do nas bardzo życzliwie. Nie tolerowali faszystowskich władz i dążyli do ich zniesienia. Widać było, że byli sterroryzowanym społeczeństwem, pod rządami władzy totalitarnej.

 

D.M.: Na czym polegał Pana udział jako artylerzysty w walce z nazistami ?

R.K.: Artyleria zajmowała się głównie ostrzałem miejsc wskazanych przez piechotę. Jak piechota stwierdziła, że w danym miejscu jest większe skupisko Niemców, to tam właśnie strzelaliśmy.

36

W lutym 1944 roku nadal trwały walki pozycyjne, jednakże ciągle posuwaliśmy się do przodu. Było tyle śniegu, że nie dało się prowadzić normalnych, regularnych walk, wszelkie pojazdy grzęzły w białym puchu. Na wiosnę 1944 roku dotarliśmy nad rzekę Sangro. Całe szczęście, że Niemcy mieli coraz mniej lotnictwa, byliśmy więc w mniejszym stopniu narażeni na bombardowania z ich strony. Spowodowane było to tym, iż bombowce alianckie ustawicznie bombardowały zakłady zbrojeniowe i fabryki benzyny syntetycznej na terytorium III Rzeszy.

 

D.M.: Jak wyglądała bitwa pod Monte Cassino ?  Czy brał w niej Pan bezpośredni udział ?

R.K.: Klasztor na górze Cassino znajduje się na wysokości 508 metrów nad poziomem morza, natomiast niemieccy obserwatorzy artyleryjscy siedzieli na odległej kilka kilometrów od Monte Cassino górze Kairo, liczącej sobie ok. 1600 metrów nad poziomem morza. Oni z tamtej wysokości dokładnie wszystko widzieli, dlatego wszystkie wzgórza i zbocza Monte Cassino były zadymiane, aby jak najbardziej uniemożliwić im obserwację. Co najgorsze mieli oni wkuty schron w górze, którego żadna bomba nie mogła zniszczyć.

Nasz Korpus atakował z północnego – wschodu. Mój pułk artylerii ostrzeliwał z boku pozycje niemieckie na wzgórzach wtedy, kiedy nasza piechota ich atakowała.

 

D.M.: Bał się Pan ?

R.K.: Czy ja się bałem ? Oczywiście. Kiedyś kolega z pułku stwierdził „Ty się nie boisz”, odpowiedziałem, że się boję. Miałem dwa przypadki, kiedy tak strasznie się zdenerwowałem, że aż biegunki dostałem ze strachu.

 

D.M.: Nie ma się co dziwić, dziś ludzie boją się zwykłych egzaminów, a co dopiero wydarzeń na wojnie, gdzie giną ludzie, gdzie w każdej chwili można umrzeć w cierpieniu i ciągle widzi się zabitych żołnierzy.

R.K.: Fakt. Początkowo to bardzo przeżywałem. Jak koledzy ginęli… przed chwilą żywy był, a tu nagle już trup. Było to dla mnie niewyobrażalne. Kiedyś jak Niemcy nas ostrzelali to mój kolega dostał odłamkiem w plecy, całe płuca mu wyrwało. Drugiemu znowu nogę urwało, tak się wykrwawił, że zmarł. Ja również dostałem w tym czasie odłamkiem w plecy, ale odłamek nie wbił się w ciało a jedynie w nie uderzył. Uderzenie jednak miało taką siłę, że aż mi się słabo zrobiło. Całe szczęście, że akurat byłem wtedy bardzo grubo ubrany ze względu na złe warunki atmosferyczne i to zamortyzowało trochę uderzenie. Niestety jednak uderzenie musiało wywołać jakieś zmiany w moim kręgosłupie, ponieważ do dnia dzisiejszego odczuwam w tamtym miejscu ból.

 

D.M.: Wracając do Monte Cassino. Jak długo Pan tam przebywał i walczył ?

R.K.: Ponad tydzień. To znaczy myśmy przyjechali kilka dni wcześniej, ponieważ zmienialiśmy wtedy Anglików. Pierwsze wrażenie pola bitwy było okropne. Czułem się jakbym wjeżdżał do piekła. Czerwień, dym, wszędzie huk rozrywających się pocisków, jaskrawe błyski ognia… straszne to było.  Przerażające. Od samego początku zaczęliśmy się maskować, okrywać artylerię siatkami imitującymi zieleń. Przez kilka dni, w czasie których oczekiwaliśmy na rozpoczęcie akcji zwożone były pociski.

Natarcie rozpoczęło się o godzinie 1 w nocy dwunastego maja 1943 roku. Musieliśmy wystrzelić minimum 4 pociski na minutę, a strzelało wtedy ok. 1600 dział. Był to niewyobrażalny huk. Obsługa działa wymagała od nas bardzo ciężkiej pracy fizycznej. Każdy pocisk ważył po kilkanaście kilogramów, a przez kilka godzin załadować musieliśmy ich setki. Ręce aż mdlały od tego.

18 maja wzgórze Monte Cassino zostało przez nas zdobyte, ale walki toczyły się trochę dalej, w niewielkiej odległości od Monte Cassino – w Piedimonte i dopiero zakończyły się 25 maja. Radość wielka w całym korpusie zapanowała jak  dowiedzieliśmy się, że polski pułk ułanów jako pierwszy wszedł na Monte Cassino i zatknął tam polską flagę. Byliśmy z tego niezmiernie dumni.

 

D.M.: Gdzie dalej pokierowano Korpus, po bitwie o Monte Cassino ?

R.K.: Po zakończeniu bitwy przerzucono nas nad Adriatyk. Mieliśmy tam tydzień odpoczynku. Tam też uzupełnione zostały straty jakie poniosły nasze oddziały. Później skierowano nas w kierunku Ankony. Nasza dalsza trasa biegła już później cały czas w wzdłuż Adriatyku. I cały czas toczyliśmy bitwy. Ostatecznie dla naszego Korpusu walki zakończyły się 25 kwietnia, po krwawych bitwach pod Ankoną, gdzie poległo wielu naszych żołnierzy. Ostatnią naszą akcją było zdobycie Bolonii.

37

 

D.M.: Co stało się dalej z Korpusem po spełnieniu swej misji ?

R.K.: Wycofano nas na południe od Bolonii na odpoczynek, uzupełnienie strat. Kilka dni później wojna we Włoszech została zakończona. Wtedy właśnie przeżyłem kolejne tragiczne momenty tej wojny… choć niby wojna się już skończyła, Włosi się cieszyli. A nas  pytali dlaczego jesteśmy smutni i się nie radujemy. Odpowiadaliśmy im, że nie mamy z czego się radować, ponieważ Polska jest okupowana przez wojska sowieckie, nasze rodziny są na Syberii i nie wiadomo czy jeszcze żyją, nie mamy dokąd wracać, ponieważ większość z nas pochodziła z Kresów Wschodnich, a wiedzieliśmy już wtedy, że nasze dawne domostwa pozajmowali Ukraińcy, Białorusini, Litwini i Żydzi. Wiedzieliśmy również o planach „Wielkiej Trójki” dotyczących granic Polski po wojnie. Już nawet przed bitwą o Monte Cassino większość z nas wiedziała, że nasi sojusznicy nas sprzedali, a nasze ojczyste tereny włączone zostaną na stałe do Związku Radzieckiego. Te wiadomości bardzo obniżały morale naszych żołnierzy.

 

D.M.: Jak długo Korpus przebywał we Włoszech ?

R.K.: W 1946 roku w sierpniu zaczęła się ewakuacja do Anglii. Dość długo tam byliśmy. W końcu 1945 roku wielu żołnierzy zgłosiło swój akces powrotu do kraju. Byli to ludzie, którzy w ogóle Rosjan nie znali, czyli ze Śląska, Pomorza. Bolszewików to oni nigdy na oczy nie widzieli. Wyjechali do kraju z bronią, dumni i oczekujący powszechnego szacunku, a już na granicy czekało ich pierwsze rozczarowanie – Ruscy ich rozbroili i poddali represjom. W 1945 roku komuniści przysyłali specjalnych propagandzistów – emisariuszy, mających zachęcić do powrotu do Polski tych, którzy się wcześniej nie zdecydowali.

 

D.M.: Czy ci „emisariusze” już wtedy przedstawiali gen. Władysława Andersa w negatywnym świetle ?

R.K.: Oni mówili, że Anders zaprowadził nas do Włoch na front, że ludzie niepotrzebnie zginęli, że teraz możemy wracać do wolnej Polski. Nie wspominali jednak o tym, że gdyby nie Anders to Stalin skazałby nas już w Rosji na pewną śmierć, posyłając nie wytrenowanych, głodnych i schorowanych ludzi na pierwszą linię frontu. Jednak jeszcze w tamtych dniach nie ośmielali się oni w zdecydowany, otwarty sposób atakować osobę generała Andersa, ponieważ cieszył się on naszym niesłabnącym poparciem i uznaniem.

 

D.M.: Jak wyglądało życie w Korpusie po zakończeniu wojny we Włoszech ?

R.K.: Mieliśmy kwatery rozrzucone w różnych miejscach. Zajmowaliśmy szkoły. Hale wytwórni wina, gdzie wstawiane były łóżka dla żołnierzy. Oficerowie natomiast, do których się zaliczałem, mieszkali w kwaterach prywatnych, w domach. Ja  mieszkałem u burmistrza miasta. Dzięki temu, że przed wojną uczyłem się łaciny, dosyć dobrze dogadywałem się z Włochami. Ogólnie warunki życia były całkiem dobre.

38

 

D.M.: Kiedy i jak został przeprowadzony transport Korpusu do Wielkiej Brytanii ?

R.K.: Cały sprzęt: działa, czołgi, samochody był odstawiany na złomowisko. Tam od razu palnikami cięli lufy od czołgów, pancerze itp. Zastanawialiśmy się dlaczego niszczą sprawny sprzęt wojskowy. Pojawiły się później głosy, że transport tego całego sprzętu więcej by kosztował niż stworzenia nowego. Zatem cały sprzęt pozostawał na miejscu, a jedynie ludzi transportowali. Niektórym zapewniono transport statkami, innym drogą kolejową – pociągami przez Francję, a następnie promami do Wielkiej Brytanii.

 

D.M.: Jak wyglądała aklimatyzacja Korpusu w Wielkiej Brytanii ?

R.K.: Kiedy przerzucili mój pułk do Anglii trafiliśmy do obozów po amerykańskich lotnikach. Na lotniskach pobudowane były rzędy baraków, w których spaliśmy. Ja byłem w obozie na pograniczu Szkocji i Anglii. Znajdowały się tam oprócz baraków izby chorych, kasyna oficerskie i podoficerskie. Jak przyjechaliśmy do Wielkiej Brytanii to jeszcze ponad rok po zakończeniu wojny jedzenie sprzedawane było na kartki, ale ja nie odczuwałem tego problemu, ponieważ na żołnierskich stołówkach zapewniano nam należyte wyżywienie. Jednakże jakbym miał porównywać – to na froncie zdecydowanie lepiej nas karmili. W kwietniu 1947 roku jak wyjeżdżałem do Polski to obowiązywały tam jeszcze kartki na żywność.

Warto również wspomnieć, że przez cały okres wojny jak również i później mieliśmy w Anglii wypłacany żołd. Ja dostawałem 22 funty pensji miesięcznie, co było całkiem sporą ilością pieniędzy.

 

D.M.: Dlaczego zdecydował się Pan wrócić do Polski ?

R.K.: Po moim przybyciu do Anglii w czerwcu 1946 roku od razu postanowiłem skontaktować się z rodziną. Jedynym adresem jaki pamiętałem, był adres siostry mamy zamieszkałej w Chełmnie. W sierpniu wysłałem do niej list informujący o moim położenie, o tym, że przeżyłem i jestem w Wielkiej Brytanii. W październiku 1946 roku niespodziewanie doszedł do mnie list od mojej mamy, z którego wyczytałem, że wraz z moją siostrą w maju 1946 roku wróciły do kraju w ramach repatriacji, po sześciu latach pobytu na Syberii, a następnie osiedliły się w Szczecinie. Jak się okazało siostra mamy przekazała jej natychmiast list ode mnie. Muszę podkreślić, że od czasu walk we Włoszech mama nie otrzymała ode mnie żadnego listu (ostatni dotarł do niej z czasu jak przebywałem w Palestynie 1942 roku), toteż nie wiedziała czy przeżyłem. Spowodowane było to tym, że po zerwaniu przez Związek Radziecki stosunków dyplomatycznych z polskim rządem, listy zwyczajnie nie dochodziły. Straszne to było, ponieważ przez kilka lat zarówno mama myślała, że zginąłem na froncie, ale również ja miałem wątpliwości, czy moja rodzina przeżyła sowieckie piekło.

 

D.M.: A czy z Anglii listy dochodziły do Polski bez problemów ?

R.K.: Tak, całe szczęście, dochodziły one w przeciągu kilku dni. Ja z Anglii wysłałem ponad 136 paczek pełnych leków, które w Polsce szły „jak świeże bułeczki”, toteż w znaczny sposób pomogłem mamie, przetrwać ciężkie czasy. Miałem wtedy sporo pieniędzy, ponieważ wypłacali mi je przez prawie całą wojnę, a przecież na pustyni nie miałem gdzie ich wydawać. Na froncie również nie było ku temu sposobności, zatem składałem je wszystkie do banku. Uzbierała mi się spora suma. Po wojnie mogłem sobie spokojnie kupić dwie taksówki w Londynie i mieć tam ustawione życie.

Wracając jednak do listu mamy, napisała mi ona mniej więcej tak „cieszymy się, że jesteś zdrowy, swoje kontuzje wojenne wylecz – pojedź do sanatorium i teraz nie przyjeżdzaj, ponieważ u nas z lekami jest bardzo ciężko, lepiej tam zostań narazie”. Mama w tym liście dała mi do zrozumienia, że w Polsce nie dzieje się dobrze (było to zaraz po „referendum 3 x TAK”. Wiedziałem również, że żołnierzy Andersa, którzy przed referendum przybyli do Polski, represjonowano: zamykano w więzieniach, torturowano, a nawet ponownie zsyłano na Sybir.

 

D.M.: Kiedy ostatecznie powrócił Pan do Polski ? Jak wyglądała podróż ? Jakie miał Pan pierwsze wrażenia z pobytu w kraju ?

R.K.: Pod koniec kwietnia (po Wielkanocy) 1947 roku przyjechałem do Szczecina. Transport zorganizował rząd angielski, któremu zależało, aby jak największa liczba Polaków powróciła do Polski. Jeśli jednak ktoś nie chciał wracać – nie zmuszali go i pozwalali na stałe tam zamieszkać. Transport odbywał się drogą morską – załadowali nas na statki i w Gdańsku nas wyładowywali. Tuż przed portem w Gdyni, gdy widać już było zabudowania portowe – statek zatrzymał się na redzie i poprzez megafony usłyszeliśmy komunikat: „Żołnierzom, którzy zdecydują się nie schodzić ze statku i będą chcieli wrócić do Anglii, rząd jego Królewskiej Mości gwarantuje bezpieczny powrót i zamieszkanie na terenie Zjednoczonego Królestwa”. Komunikat ten budził obawy i podejrzenia żołnierzy – kilku zdecydowało się powrócić do Wielkiej Brytanii. Ja również byłem dosyć mocno przestraszony, szczególnie jak przybiliśmy już po portu i usłyszeliśmy polski komunikat o konieczności wzięcia bagaży i udania się do wagonów. Wagony stały na nabrzeżu i budziły jednoznaczne skojarzenia – wyglądały jak te, którymi jechaliśmy na Sybir, szczególnie, że przy każdym stał żołnierz z bagnetem. Na nadbrzeżu stała również kompania honorowa Wojska Ludowego i orkiestra. Nie mogłem jednak uwierzyć w to co widzę… ponieważ po bliższym przyglądnięciu się, w tej „orkiestrze” zobaczyłem kilku zupełnie inaczej poubieranych ludzi, trzymających instrumenty, wyglądających jak grajkowie na ulicy. W takie samo zdziwienie wprawił nas wygląd trzech poruczników Ludowego Wojska, którzy podpłynęli do nas na holowniku. Wszyscy oni mieli brudne, wyszmelcowane, okropnie wyglądające mundury. W przedwojennej Polsce, oraz w Armii Andersa nie do pomyślenia było, aby żołnierz na wyższym stanowisku był tak ubrany.

 

D.M.: I jaką Pan podjął decyzję ?

R.K.: Poważnie się zastanawiałem, czy schodzić z pokładu statku… Rozważałem możliwość, że jak tylko zejdziemy to nas zamkną w tych wagonach i wywiozą znowu. Tęsknota za rodziną jednak przeważyła i zdecydowałem się zaryzykować. Po zejściu wsiedliśmy do wagonów i zawieźli nas do Gdańska – Oliwy, gdzie był obóz przejściowy – utworzony na terenach byłego obozu koncentracyjnego! Trzymali nas tam trzy dni. Pierwszego dnia doszedł oddzielnie nasz bagaż i rozdzielili nas w barakach, gdzie spaliśmy na pryczach. Na drugi dzień zaprowadzili nas do fotografa i wydawali tymczasowe dowody tożsamości. Wtedy odbierając ten dowód, osoba wydająca go powiedziała mi, że muszę się codziennie meldować na milicji. Spytałem się w jakim celu. Odpowiedziała mi, że dlatego, że jest taki przepis. „Bezpieka” już od początku chciała nas w ten sposób kontrolować.

Dostaliśmy również prawo do bezpłatnego przyjazdy do wybranego miejsca osiedlenia. Każdy mógł jechał w jakim kierunku chciał.

W obozie był oddzielny barak dla kierownictwa. Do baraku tego wzywali wszystkich oficerów. Ja tam również poszedłem i jakiś człowiek zadawał mi pytania: „Czy z Pana pułku wiele osób wróciło?”, „Jakie panują nastroje wśród pozostających w Anglii?”. Odpowiadałem na te pytania, powiedziałem, że wielu nie ma kontaktu z rodzinami wywiezionymi na Syberię. Tereny, na których mieszkali zostały zajęte przez Związek Radziecki, zatem nie mają do kogo, ani do czego wracać. Wiedziałem jednak kim był ów człowiek, że odpowiadał za bezpiekę, dlatego musiałem się powstrzymywać i nie mogłem powiedzieć, że wielu nie chce wracać ze względu na panujący w kraju ustrój.

 

D.M.: Czy wtedy mówili negatywnie o generale Andersie ?

R.K.: Nie, jeszcze wtedy nie, ale jedna ciekawa rzecz… W Londynie, jeszcze przed wyjazdem do Polski musieliśmy udać się do ambasady polskiej, gdzie ataché wojskowym był ówczesny major, a późniejszy generał Józef Kuropieska. Każdy oficer musiał się do niego zgłosić i przeprowadzał on rozmowę podobną do tej wspomnianej z Gdańska – Oliwy.

 

D.M.: Co dalej działo się z Panem w Polsce ?

R.K.: Później, jak dostałem bilet na pociąg to udałem się na dworzec – obładowany byłem strasznie, miałem cztery walizki i dwa wielkie duże wory amerykańskie. Wsiadłem do pociągu i przeraziłem się jego stanem… szyby powybijane, światła nie było, trud i zgnilizna. Już tam spotkała mnie pewna niemiła przygoda. Siedziałem koło chorążego Armii Ludowego, byłego „akowca”. Chłop miał dwa metry chyba, pięść jak moje dwie i jechał do Stargardu. Jak dojechaliśmy do Białogradu, to na dworcu był niesamowity tłok – ludzie się pchali do pociągu. Nagle pośród ogólnego krzyku usłyszałem język rosyjski… nagle do naszego przedziału wpada trzech, kompletnie pijanych ruskich oficerów. Patrzą najpierw na mojego współtowarzysza podróży – siedzącego w polskim mundurze, a później na mnie, będącego w angielskim mundurze… „o ! angloski oficyrej pryjechał!” krzyknęli. Na to, ów były „akowiec” szybko powiedział do mnie po cichu, że chyba będzie lanie – „są kompletnie pijani, więc raz dwa i wyrzucimy ich z wagonu”. Dużo mnie nie było trzeba, ponieważ byłem przyzwyczajony do bójek… wcześniej tego nie mówiłem, ale w Wielkiej Brytanii myśmy Anglików prali, że aż hej! (śmiech), za to, że nas w Jałcie sprzedali. Całe szczęście, skończyło się to jednak spokojnie i owi Rosjanie sami opuścili nasz przedział. I tak dojechałem do Szczecina. Miasto było jeszcze nie odbudowane ze zniszczeń wojennych, nawet most cały czas wisiał zerwany. Mama z siostrą mieszkały wtedy na Golęcinie. Jak wysiadłem z pociągu, czekał na mnie chłopak, który był ze mną na Syberii, pomógł mi z bagażami i skierowaliśmy się do tramwaju  – nie znałem zupełnie Szczecina i samemu prawdopodobnie bym nie trafił. I już jadąc tym tramwajem ujrzałem pierwszy raz, po ponad pięciu latach mamę, szła akurat do apteki kupić lekarstwa dla siebie. Wyskoczyłem z tego tramwaju, odrzuciłem na bok bagaże i biegiem poleciałem do niej… jak się zobaczyliśmy to aż się popłakaliśmy. Radości nie było końca. Jednakże już wtedy znajomi mamy podchodzili do mnie i pytali się „Panie, po coś Pan wrócił?! Przecież tu zaraz zamkną Pana!”.

 

D.M.: Jak się wyglądały Pańskie początki w Szczecinie ? Czy komunistyczne władze represjonowały Pana ?

R.K.: Jak już wróciłem do domu, rozpakowałem bagaże to od samego początku musiałem wypełniać obowiązek codziennego meldowania się na milicji. Przez kilka dni chodziłem i się legitymowałem. Pewnego jednak dnia, po kościele spotkaliśmy się z siostrą i z grupą jej koleżanek. Brat jednej z nich stał akurat w pobliżu w mundurze milicyjnym – był sierżantem podchorążym. Jak mnie zobaczył to podszedł do mnie. Nawiązaliśmy rozmowę, pytał się jak było zagranicą itp., a nagle szeptem powiedział „A ja byłem w AK!, wzięli mnie do wojska, a później skierowali do milicji”. Spytałem się go wtedy  po co mam się codziennie meldować na komendzie. Powiedział mi, że nie ma takiego przepisu nakazującego mi przychodzenie tam. Następnego dnia zarządził, że nie mają mnie wzywać na komendę, ponieważ nie było do tego odpowiednich przepisów. No i dali mi święty spokój.

Po dosyć krótkim pobycie w Szczecinie wyjechałem do Lwówka, do wujka – osadnika wojskowego, który był kapitanem w Armii Berlinga. Jego historia również jest bardzo ciekawa, ponieważ w 1920 roku w wojnie polsko – bolszewickiej doszedł, aż do Kijowa, następnie piastował wysokie stanowiska w policji. Oczywiście przystępując do berlingowców nie przyznał się do swojej przeszłości, ponieważ byłby potraktowany jako „element wrogi”. A tak doszedł ze zwykłego szeregowca do stopnia kapitana. Był on starym kawalerem, a że zajął poniemieckie gospodarstwo to potrzebował pomocy w zarządzaniu nim. Pomagałem mu i żyliśmy sobie jak typowi dwaj kawalerowie, dosyć beztrosko. Pewnego jednak dnia zauważyłem, że w mieście jakiś typ chodzi za mną. Przez długi czas się za mną czaił, w końcu mnie to zdenerwowało, zawróciłem, podszedłem do niego i spytałem „Panie, czemu pan się za mną szwęda?”. Nic nie odpowiedział konkretnego, ale na szczęście przestał za mną łazić. Natomiast po powrocie do Szczecina dosyć często przychodził milicjant do domu z zawiadomieniem, abym stawił się do UB – na Małopolską. Pytali się mnie tam, dlaczego wstąpiłem do wojska Andersa. Odpowiadałem wtedy, że nie było żadnego innego polskiego wojska. Po formie zadawanych pytań, widać było ich niski poziom elokwencji. Zachowywali się wulgarnie, walili pięścią w stół. Pytali się między innymi dlaczego zostałem oficerem u Andersa. Odpowiadałem również pytaniem, „ a dlaczego miałem nie zostać, skoro skończyłem odpowiednie szkoły?”.

 

D.M.: A czy w normalnych życiowych sytuacjach poddawali Pana szykanom ? Np. czy miał Pan problemy w pracy 

R.K.: W pracy nie mogli się do mnie doczepić, ponieważ byłem bardzo solidnym pracownikiem. Jednakże w 1955 roku zmieniłem przedsiębiorstwo, w którym pracowałem. W nowej firmie kadrowcem był były „akowiec”, który działał niegdyś w Świętokrzyskim, a do Szczecina przeniósł się, aby pozacierać za sobą ślady. Pewnego dnia, kiedy zostałem trochę dłużej w pracy, zawołał mnie do siebie, wyciągnął akta i pokazał opinię jaką wystawiono mi w poprzednim zakładzie pracy. „Dobry fachowiec, dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, uczciwy itp., jednakże należy zwrócić na niego baczną uwagę, bo jest byłym oficerem Andersa.”

 

D.M.: Czy komuniści obrażali generała Andersa przy Panu ? Albo czy gazety podawały jakieś propagandowe informacje przeciwko Andersowi ?

R.K.: Jeśli chodzi o gazety to tam ciągle był szkalowany. Największą jednak pracę propagandową położono na edukację młodzieży. Książki od historii nie pisały, ani słowem o generale Andersie, ani o naszym Korpusie. Nie było żadnych wzmianek o Katyniu, o deportacjach na Syberię, o 17 września 1939 roku. Bardzo wiele miejsca poświęcano natomiast historii Wojska Ludowego, lekcje dotyczące Armii Berlinga były przeprowadzane chyba najdokładniej, w duchu propagandy komunistycznej.

Bardzo nas oburzały wszelkie kłamliwe teksty dotyczące naszego byłego dowódcy, ale cóż mogliśmy zrobić ? Nie rozumieliśmy jak można np. odebrać polskie obywatelstwo patriocie, który czuje się Polakiem i nie chce przyjąć innego obywatelstwa.

 

D.M.: Pamięta Pan może jakieś najczęściej używane przez komunistyczną propagandę sformułowania o Andersie ?

R.K.: Najczęściej powtarzały się słowa takie jak „watażka na białym koniu”, że podstępem wyprowadził wojsko polskie ze Związku Radzieckiego, że nie chciał brać udziału w walkach z Niemcami, że nie chciał pomagać Związkowi Radzieckiemu w walce. Starali się przedstawić go w jak najgorszym świetle.

 

D.M.: Czy byli Andersowczycy mogli świętować swoje rocznice patriotyczne ?

R.K.:  Nie… skądże. Dopiero mogliśmy po 1956 roku zorganizować w sali filharmonii, pierwszy raz rocznicę bitwy o Monte Cassino. Następnie udało nam się zorganizować w Szczecinie w ramach ZBOWiDu, Klub Byłych Żołnierzy na Zachodzie.

 

D.M.: A czy w późniejszych latach odczuwał Pan niechęć władzy PRL do Pańskiej  osoby ?

R.K.: Zawsze traktowano mnie jako obywatela „drugiej kategorii”, szczególnie jeśli chodziło o awanse i odznaczenia. Tak samo mojego syna, był inżynierem – mechanikiem a zdegradowali go z kierownika wydziału na referenta, ze względu na to, że miał ojca, który był  oficerem w Armii Andersa.

 

D.M.: Kiedy zmieniło się postrzeganie postaci gen. Władysława Andersa przez władze w Polsce ?

R.K.: Dopiero po 1989 roku. W latach siedemdziesiątych przywrócono obywatelstwo polskie wszystkim byłym generałom Wojska Polskiego na Zachodnie, za wyjątkiem generała Andersa. Jeszcze w 1989 roku jak Wojciech Jaruzelski był na Monte Cassino ostentacyjnie pominął grób spoczywającego tam generała Andersa.

W 1994 roku jak byliśmy na Monte Cassino, rządził wówczas Lech Wałęsa, a Waldemar Pawlak był premierem… nie wpuszczono nas – kombatantów, nawet na cmentarz – staliśmy w deszczu za ogrodzeniem. Nie wiem czemu się tak stało.

 

D.M.: Czy jest Pan zadowolony ze zmian jakie zaszły po 1989 roku w związku z przywracaniem pamięci o generale Andersie ?

R.K.: Teraz tak, ale dla wielu z byłych Andersowców to już „musztarda po obiedzie”, ponieważ wielu z nas niestety już nie żyje.

Jeszcze w 1985 roku kiedy zostałem Prezesem Klubu Żołnierzy Polskich na Zachodzie było inaczej. Pojechaliśmy wtedy z żoną i moim najstarszym wnukiem na wczasy do Krynicy. W tym czasie do domu w Szczecinie przyszło dwóch ludzi, przedstawiających się, że są ze ZBOWiDu. Córka podała im termin mojego powrotu. Kiedy wróciliśmy z wakacji i wjechaliśmy samochodem na podwórze, wtedy nagle  ciemny samochód zajechał bramę wjazdową i wysiadło z niego dwóch „smutnych”, ubranych na ciemno panów. Córka powiedziała, że to ci „ludzie ze ZBOWiDu”. Tym razem przedstawili się, że są z Urzędu Bezpieczeństwa i na polecenie szefa chcą ze mną porozmawiać. Odpowiedziałem jednak, że teraz nie mogę iść, ale później sam do nich przyjdę. Dali mi spokój. Następnego dnia w UB  usłyszałem od funkcjonariusza: „Pan jest prezesem, wy się spotykacie z młodzieżą w szkołach, z kadrą wojskową się spotykacie, a słyszeliśmy, że mówicie na temat Związku Radzieckiego, o 17 września…”. Spytałem się czy kłamiemy, czy nieprawdę mówimy? Odpowiedział, żeby nie mówić o jakiś „nożach wbitych w plecy”, zripostowałem pytaniem „A co mamy mówić? Że Amerykanie weszli z tamtej strony?”. No takie to rozmowy z nimi były.

 

D.M.: Mam teraz do Pana trochę bardziej osobiste pytanie, zastanawiał się Pan wtedy, na wojnie, że Pan kogoś zabija?

R.K.: Oczywiście, że tak. Jak się dowiadywaliśmy, że coś trafiliśmy to wielkie emocje były, krzyczeli wszyscy „Szwabów trafiliśmy, hurra!”. Wszyscy się cieszyliśmy. Tak samo piechota, która w czasie walk ponosiła największe straty. Nie mogli się z Niemcami patyczkować. Kiedy byli pod ciągłym ostrzałem, a obok nich ginęli ich koledzy to nawet jak ich Niemiec błagał o litość, to strzelali do niego i koniec.

Kiedyś jeszcze jak zdobywaliśmy kolejne tereny, natrafiliśmy na jakiś duży majątek, wiele było tam zabudowań i stogi zboża. Dostaliśmy informację, że koło tych stogów jest jakiś ruch niemieckiej piechoty. Zażądali od nas ostrzelania tych terenów. Jak zaczęliśmy strzelać to zauważyłem, że Niemcy wyskakują z tego siana i zaczynają uciekać. Było ich tam kilkudziesięciu – cały pułk zaczął do nich strzelać. Zboże zaczęło płonąć, a Niemcy padali. Jak kiedyś opowiedziałem tę historię kuzynce to jęknęła „Jej! jak wyście mogli tak robić?”, spytałem się jej wtedy, a co Niemcy robili w Polsce z Polakami ? Mordowali. Tylko, że oni mordowali zarówno żołnierzy jak i cywilów, kobiety i dzieci, a my jak ktoś się poddawał zachowywaliśmy się zgodnie ze wszelkimi honorowymi konwencjami. Jednak w czasie walki – nie patyczkowaliśmy się.

 

D.M.: Czy kiedyś po latach wracały te wydarzenia do Pana w snach ?

R.K.: Tak. Zrywałem się nieraz w nocy. Muszę powiedzieć, że w miarę upływu czasu spędzonego na froncie podchodziłem z coraz większą obojętnością do śmierci. Jak przejeżdżaliśmy przez włoskie miasteczka powszechny był obraz cywili, płaczących nad zmarłymi.

 

D.M.: Czy miał Pan jakiś kontakt z matką i siostrą w czasie jak przebywał Pan w Armii Andersa?

R.K.:  Owszem. Miałem kontakt. Trwała między nami wymiana listów. Było mi bardzo smutno, ponieważ miałem w armii znakomite wyżywienie, a one przybywając w kołchozie w wyniku nieurodzaju musiały jeść zupę z obierków po ziemniakach. Nie zawsze listy dochodziły, ale ponieważ z tamtego kołchozu było nas w Korpusie czterech, to każdy we własnym liście pisał również informacje o pozostałych, co zwiększało szanse na dotarcie informacji do rodziny. Zawsze jak przychodziły listy z ZSRR to czytaliśmy je na głos i jak słyszeliśmy, że nie mają tam co jeść to płakaliśmy wszyscy.

 

D.M.: Jak wyglądały sprawy wiary w Korpusie ?

R.K.: Olbrzymią większość stanowili Katolicy, były małe grupy protestantów, prawosławni i Żydzi. Wielu z nich uciekło podczas pobytu w Palestynie. Tylko z mojego pułku uciekło ich, aż 64. Można ich jednak zrozumieć, tak samo jak my walczyliśmy o wolną Polskę, tak oni chcieli odbudować swoje państwo na terytorium Palestyny i jak pokazała historia – dopięli swego.

Żołnierze mieli możliwość uczestniczenia we mszach świętych, przystępowania do sakramentów. Każdy batalion miał swojego wojskowego kapelana katolickiego. Kapelanem mojego pułku był ksiądz Mróz. Nawet podczas działań na froncie we Włoszech na tyłach frontów działali księża, którzy bardzo często przebywali w pobliżu głównej linii walk, udzielając umierającym ostatniego sakramentu.

40

39

D.M.: Czy widział pan generała Andersa na żywo ?

R.K.: Tak, oczywiście. Pierwszy raz zobaczyłem Go jeszcze przed wojną. Przebywał wówczas na święcie bajończyków w małym miasteczku na Wołyniu. Mieściła się tam siedziba brygady kawalerii, której był On dowódcą. Odbyła się przed Nim defilada. Miałem wtedy 13 lat. W czasie wojny zobaczyłem gen. Andersa w Iraku. Widziałem Go  również na froncie oraz w czasie wręczania nominacji po ukończeniu Szkoły Podchorążych. Odbyła się również defilada przed gen. Andersem.

 

D.M.: A czy Pan w czasie pobytu już w Armii Andersa przeszedł jakieś ciężkie choroby ?

R.K.: Całe szczęście, na te najgroźniejsze, czyli na tyfus i malarię nie chorowałem. Złapałem jednakże gorączkę tropikalną w maju 1942 roku.

 

D.M.: Czy otrzymał Pan odznaczenie „Krzyż Sybiru” ?

R.K.: Nie, nie ubiegałem się o nie, nie chciałem otrzymywać odznaczenia od Aleksandra Kwaśniewskiego.

Komentarze:

komentarzy

2 KOMENTARZE

  1. dzięki za stronę i za artykuł dodam tylko że mój ojciec też miał problemy z Gen. Andersem ….. dużo go to kosztowało …… jeszcze raz dzięki za artykuł …..
    Pozdrawiam i życze wytrwałości

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here