Wywiad: Marian Szpak – Żołnierz Armii Andersa

1
1299

Przeprowadziłem wywiad z panem Marianem Szpakiem, który wraz z gen. Andersem przeszedł cały szlak: od zesłania na Syberii po Wielką Brytanię:

Darek Matecki: W jakim stopniu jest Pan zadowolony ze zmian jakie zaszły po 1989 roku zaszły w związku z przywracaniem pamięci o generale Andersie ?

Marian Szpak: No cóż, nareszcie zaczęto w ogóle o Andersie mówić, wspominać jego postać. W książkach od historii nawet wzmianki o nim nie było. My byliśmy na marginesie społecznym. Ja na każdym kroku byłem zawsze „parszywym Andersowcem”.

 

D.M.: Proszę powiedzieć jak trafił Pan do Armii Andersa.

M.S.: Na początku muszę wspomnieć o mojej rodzinie, ponieważ to właśnie przez pochodzenie i tradycje rodzinne zostałem wywieziony na Sybir. Urodziłem się w województwie poznańskim. Mój ojciec był powstańcem wielkopolskim, a następnie walczył na froncie wschodnim. Już po zakończeniu wszelkich działań zbrojnych i ostatecznym ustaleniu granic Polski, ojciec dostał pracę jako policjant w wojewódzkim mieście Łucku na Wołyniu. Tam też zamieszkaliśmy.

Po 17 września 1939 roku sowieci wkroczyli na te tereny i aresztowali wszystkich policjantów. Ojciec jednakże zdołał początkowo uniknąć aresztowania ze względu na bardzo zły stan zdrowia – leżał w domu chory i nie mieli jak go zabrać. Mieliśmy sąsiada – Ukraińca, z którym przez wiele lat żyliśmy w zgodzie. Co kilka dni przychodził do naszego domu sprawdzać, czy ojciec już wyzdrowiał. W końcu jak zobaczył, że tata chodzi, to doniósł do sowietów. Przyszli w nocy go aresztować. Wszyscy policjanci, których aresztowano od razu po wkroczeniu sowietów byli rozstrzeliwani w Miednoje, czy w Katyniu… Mojego ojca niestety spotkał podobny los, rozstrzelali go w Łucku, w więzieniu. Naturalnie my o tym wtedy nie wiedzieliśmy. Matka pisała wiele razy do NKWD, próbowała się czegoś dowiedzieć. Dostała jedynie ogólnikowy list informujący, że ojciec został skazany na długoletnie więzienie i wysłany w dalekie strony ZSRR. Była to jednak „bujda”, o czym się później dowiedzieliśmy, od mojej byłej nauczycieli, która pracowała w NKWD.

Następnie w kwietniu 1940 roku sowieci zaczęli wywozić wszystkie rodziny policjantów. Nas też spotkał ten los. Przyszli do nas rano, kazali się spakować i opuścić mieszkanie. Udaliśmy się na dworzec i przez dwa tygodnie jechaliśmy pociągami towarowymi do Kazachstanu. Ta sama podróż to była gehenna. W jednym wagonie oprócz nas jechała ukraińska biedota wiejska. Byli oni cali zawszawieni, a niestety po pewnym czasie te wszy przeszły i na nas, ale nie będę o tym bardziej szczegółowo opowiadać.

Po dwóch tygodniach podróży dojechaliśmy do Kazachstanu, do wojewódzkiego miasta Pawłodaru. Wysadzili nas na otoczonym drutem kolczastym wielkim placu. Z samego rana, jak na targu niewolników, zjeżdżali się z okolic przewodniczący kołchozów, sowchozów itp. i wybierali sobie robotników. Nasza rodzina trafiła tam, gdzie było bardzo ciężko z żywnością. Gdyby nie ja, to chyba byśmy wszyscy umarli z głodu. Zasypało nas śniegiem, zaczęło bydło padać, bo nie było paszy, strzechę zrywali z baraków i jedli. Jedliśmy wszystko co się dało. W końcu jednak skończyło się zupełnie wszystko. Przez 7 dni zupełnie nic nie jedliśmy, a przedtem również bardzo skąpe ilości. Dzięki temu, że byłem wcześniej, w czasie zbiorów traktorzystą, to pamiętałem, gdzie zwożono wszelkie zboże. W księżycową noc, w 40 stopni mrozu, pobiegłem w tamto miejsce, do wielkich baraków. Był to step, słyszałem tylko wszechobecne wycie wilków – ale było mi już to obojętne. Byłem tak wyczerpany, że ledwo nogami powłóczyłem. Wlazłem do baraku, przewierciłem jakimś ostrym narzędziem wielki pojemnik i tylko modliłem się, aby było tam zboże. Miałem akurat mały woreczek, na około kilka kilo zboża. Załadowałem cały worek i udałem się do lepianki, gdzie mieszkaliśmy. Rodzina myślała, że majaczę z głodu, mówiąc o zdobytym worku zboża. Uwierzyli dopiero jak na własne oczy zobaczyli pełen worek. Radości nie było końca!

Po około dwóch latach pobytu w sowchozie zastała nas amnestia. W zimę 1942 roku pierwszy raz pojechałem na komisję wojskową, jednak wtedy kazali nam wracać tam, gdzie mieszkaliśmy i powiedzieli, że otrzymamy wezwanie. Po jakimś czasie do  naszego sowchozu przybył delegat tworzonej Armii Polskiej. Jak zobaczyliśmy mundur polski, z orzełkiem to od razu wzbudziło to w nas entuzjazm. Wraz ze starszym bratem zapisaliśmy się, natomiast mama i młodszy brat pozostali na miejscu. Mieliśmy udać się do Pawłodaru, a stamtąd załadowano nas w pociągi i pojechaliśmy do Nowosybirska. Stamtąd z kolei kierowaliśmy się do miejscowości Ługowaja. Mieściła się tam komisja poborowa. Był to mniej więcej kwiecień. Przyjęli nas do wojska do 10 Dywizji Piechoty, do artylerii i dano nam angielskie mundury (w Buzułuku natomiast otrzymywali rosyjskie mundury). Jednakże zanim ubraliśmy się w nowe mundury, każdy obowiązkowo musiał udać się do łaźni. Mieszkaliśmy w namiotach. Pamiętam, że bardzo wielu ludzi zmarło na tyfus. Chorych było mnóstwo, panowała tam straszna nędza, wszyscy chodzili głodni. Tymi nędznymi, głodowymi racjami musieliśmy się dzielić z cywilną ludnością polską, która zbierała się wokół naszego obozu.

 

Książeczka wojskowa pana Mariana Szpaka
Książeczka wojskowa pana Mariana Szpaka

 

D.M.: Jak w Pana wspomnieniach wygląda ewakuacja Polaków ze Związku Radzieckiego ?           

M.S.: Któregoś ranka, wydano nam rozkaz aby jak najszybciej w pełnym rynsztunku stawić się na placu (nie mieliśmy jeszcze wtedy broni, więc szybko się spakowaliśmy i wyszliśmy) i ogłoszono wymarsz na stację kolejową. Załadowano nas do pociągów i pojechaliśmy na południe. Przez kilka dni jechaliśmy, aż dotarliśmy do Krasnowodzka na Morzu Kaspijskim. Tam zaprowadzono nas do radzieckiej stołówki, gdzie pierwszy raz od dwóch lat jadłem wielką gotowaną rybę. Następnie ładowano nas na statek, był on jednak już praktycznie cały pełny – było na nim mnóstwo ludzi. Brat mój jakoś się na niego wcisnął ja, zaś z moim przyjacielem wsunęliśmy się w nadbudówki na środku statku i tam się rozłożyliśmy. Były to jak się później okazało miejsca na bagaże o czym niestety nie wiedzieliśmy. Byliśmy bardzo zdziwieni i przestraszeni, kiedy zorientowaliśmy się, że wejście, którym weszliśmy zostało nagle załadowane jakimiś workami. Ale jak to ludzie, ciekawi byliśmy również co w tych workach było… otworzyliśmy pierwszy, a tam chleb! W kolejnym suchary! W jeszcze następnym śledzie! W następnym suszona kiełbasa!! Przez ponad dwa lata na oczy kiełbasy nie widziałem! Jak się okazało był to oficerski prowiant.   Tak się objedliśmy, że jak statek ruszył i zaczęło bujać to większość drogi upłynęła mi na wymiotach… Pech chciał, że akurat trafiliśmy na sztorm.

 

D.M.: Jakie były pierwsze wrażenia z wyrwania się z „nieludzkiej ziemi” ?

M.S.: Wszyscy się cieszyliśmy, że wreszcie opuściliśmy znienawidzony Związek Radziecki. Dobiliśmy do portu Pahlevi. Przeszliśmy za pomocą kładki na brzeg. A tam cieplutko! Miasto było jednak zaciemnione. Była to noc, a trwała wojna. Padł rozkaz, aby każdy rozkładał się gdzie stoi i spał. Tak zrobiliśmy. Rano obudził nas gwar. Budzę się, oczy otwieram i pomyślałem, że śnię… przede mną była wystawa sklepowa, a na niej wszelkie owoce wschodu, kilogramy chałwy. Nie widziałem co się dzieje i gdzie jestem, tak byłem zafascynowany. Po kilku godzinach dali nam pierwsze pieniądze tzw. „tumany”, abyśmy mogli sobie coś kupić. Od razu wszyscy nowo przybyli rzucili się na miasto i kupowali te wszystkie frykasy. Tak się wszyscy objedli, że prawie każdy miał problemy z żołądkiem.

Przeszliśmy tam przez łaźnie (trzy namioty: w pierwszy zdawaliśmy mundury, w drugim Hindusi golili wszystkim wszelkie włosy na ciele, w trzecim natomiast mieściły się prysznice, a następnie Hindus proszkiem DDT kazał nam wysmarować wszystkie miejsca gdzie dawniej mieliśmy włosy – piekło to strasznie) wymyliśmy się i otrzymaliśmy nowe angielskie mundury.

Jak byliśmy umundurowani, odwszawieni i umyci, to po kilku dniach przyjechały po nas perskie samochody – ciężarówki i ruszyliśmy w drogę. Przejechaliśmy przez góry perskie i dojechaliśmy do Iraku, a następnie przyjechały po nas autobusy z Palestyny, którymi jechaliśmy przez Transjordanię do samej Palestyny. Jadąc przez Palestynę akurat dojrzewały pomarańcze. Był ich wtedy ogromny urodzaj, więc osadnicy żydowscy rzucali w nasze transporty tymi pomarańczami, myśmy je łapali i objadaliśmy się nimi. To był rarytas, nawet dawniej w Polsce ciężko było je dostać i były drogie, a tutaj dostaliśmy ich setki i to za darmo. Dojechaliśmy po jakimś czasu do wielkiego obozu wojskowego w Palestynie, gdzie połączyliśmy się z Brygadą Karpacką. Dla nas to byli wspaniali żołnierze, wszyscy opaleni, obyci w walce. W tamtym obozie przeszliśmy również ostateczną reorganizację. Przydzielano nas do odpowiednich oddziałów. Ja dostałem się do „pelotki” razem z bratem. Przeszliśmy ogólny trening wojskowy. Po paru miesiącach przeniesiono nas do Iraku. Z bratem bardzo niechętnie opuszczaliśmy Palestynę, bo tam jak w raju – dostawaliśmy smaczne jedzenie, mieliśmy czas na zwiedzanie Ziemi Świętej. W większości miast palestyńskich mogliśmy dogadać się po polsku, natomiast w Iraku wiedzieliśmy, że zamieszkamy na zwykłej pustyni. Tam skoncentrowano wszystkie oddziały „Armii Andersa” i tam dopiero zaczęliśmy dostawać całkowicie nowy sprzęt. Trzeba było go bardzo pilnować, ponieważ Arabowie tak nie cierpieli Anglików, że potrafili nocą wkraść się do namiotów i pokraść setki karabinów. Przenieśliśmy się do wielkiej bazy, organizowanej przez Anglików w mieście Basra, w Kurdystanie. Bardzo długo ćwiczyliśmy tam specjalistyczne manewry,  posługiwanie się bronią, aż staliśmy się pełnowartościowymi żołnierzami. Każdy żołnierz został tam tak wyszkolony, że dziś można by go nazwać „komandosem”.

Armia Andersa w Egipcie

D.M.: Jak wyglądał transport Korpusu do Włoch ?

M.S.: Po tych kilku miesiącach wróciliśmy asfaltową drogą do Palestyny, a później do Egiptu. Stamtąd od razu piechotę przerzucono do Włoch, natomiast my ze sprzętem musieliśmy czekać. Tak, że Boże Narodzenie i Nowy Rok spędziliśmy na egipskiej pustyni. W końcu w miejscowości Port Said załadowano nas na statek. Podczas rejsu trafił na nas tak wielki sztorm, że myślałem, że po drodze umrę. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na Sycylii, a następnie dopłynęliśmy do portu w Bari we Włoszech. Tam nas wyładowali. Cały port był zniszczony niemieckimi bombardowaniami. Stały setki zniszczonych statków. Jak tylko wysiedliśmy to zaczęli gromadzić się wokół nas Włosi. Pytali się nas czy mamy jedzenie. Czułem sie wtedy jak „Pan”, ponieważ tuż przed wypłynięciem, do maszyny, którą prowadziłem (ciągnik, który transportował działa) naładowałem bardzo wiele żywności. Tam panował tak straszny głód, Włochy były tak wycieńczone, że za żywność wszystko można było dostać.

 

D.M.: Jak wyglądała walka we Włoszech ?

M.S.: Przeprawialiśmy się przez Włochy i mijaliśmy całe zniszczone, płonące miasta. Ja jechałem tym swoim ciągnikiem. W górskich terenach, naprawdę bardzo ciężko było się chwilami przeprawić. Jak dobiliśmy do naszej piechoty, już na froncie to strasznie się wszyscy ucieszyli. Dostarczyliśmy im potrzebny sprzęt ciężki i rozpoczęła się na dobre walka.

 

D.M.: Czy już tam mówiliście na siebie „Armia Andersa” ?

M.S.: Nie, tam nas nikt nie nazywał „Armią Andersa”, tam byliśmy „Polskim Wojskiem”, dopiero jak tutaj do Polski przyjechałem to byłem „parszywym Andersowcem”.

 

D.M.: Czy brał Pan udział w walce bezpośrednio na froncie ?

M.S.: Ja byłem odpowiedzialny za obronę i ustawienie działa. Najpierw je ustawiałem, a następnie robiłem sobie miejsce na karabin maszynowy i je osłaniałem. Było tam bardzo nieprzyjemnie, ponieważ bez przerwy trzeba było trzymać wartę. Ciągle posuwaliśmy się do przodu i zdobywaliśmy nowe tereny. Mój pułk jednak nie miał co robić, ponieważ Niemcy nie mieli już prawie samolotów i nie mieliśmy do czego strzelać. W maju wyjechaliśmy w kierunku Monte Cassino, a tam od razu zauważyliśmy setki plakatów „Nie bądź głupi nie daj się zabić”, „Nie wychylaj się, Monte Cairo patrzy”. Wszędzie rozłożone

Były siatki maskownicze. Rozkładali to saperzy, aby zmniejszyć do minimum liczbę ofiar w naszym Korpusie, dlatego że cały teren, na którym stacjonowaliśmy znajdował się pod okiem nieprzyjaciela.

Legitymacja Krzyża Pamiątkowego Monte Cassino, pana Mariana Szpaka.
Legitymacja Krzyża Pamiątkowego Monte Cassino, pana Mariana Szpaka.

 

Jak się wkrótce okazało, mój pułk przeciwlotniczy, ze względu na to, że nie było już do kogo strzelać, został przydzielony do służb pomocniczych: noszenie żywności, wody, zadymianie terenu. Wraz z bratem zajmowałem się zadymianiem terenu (za pomocą świec dymnych), było to strasznie stresujące ponieważ przez cały czas znajdowałem się pod ostrzałem. W samym natarciu na wzgórze Monte Cassino udziału nie brałem, gdybym brał to pewnie teraz znajdowałby się tam mój nagrobek. Bardzo wiele naszej piechoty tam zginęło. Tych z pierwszego natarcia to wręcz zdziesiątkowano.

 

D.M.: Czy widziałe Pan kiedykolwiek generała Andersa ?

M.S.: Pierwszy raz dane mi było zobaczyć generała Andersa jak leżałem ranny w szpitalu. Wizytował akurat szpital, aby podtrzymywać żołnierzy na duchu. Podał mi wtedy rękę. Trzy dni potem ręki nie myłem (śmiech!).

Ranny zostałem pod koniec wojny, w wyniku uszkodzenia naszego sprzętu wojskowego. Coś źle wystrzeliło i jakiś odłamek mnie trafił. Ach, nie wspomniałem o tym, że po Monte Cassino moja bateria przeciwlotnicza została rozwiązana i przydzielono mnie do artylerii polowej. Walczyłem przez praktycznie całą kampanię, brałem udział między innymi w bitwie o Ankonę.

 

D.M.: Co się działo z Panem po zakończeniu wojny we Włoszech ?

M.S.: Już po zakończeniu wojny, na przełomie 1946 / 1947 roku  rozbrojono nas. Cały sprzęt musieliśmy oddać. Pociągami dowieźli nas przez Austrię, Niemcy i Francję do kanału La Manche, a później statkami dopłynęliśmy do Wielkiej Brytanii. Paskudnie nas tam przywitano. Dano nam do jedzenia jakiś groch, a żandarmi angielscy już na statku zaczęli nas traktować jak jeńców wojennych. Czuliśmy się jak balast, nie widzieli co z nami zrobić. Mogliśmy wracać do Polski już prosto z Włoch, ale wiedzieliśmy, że nasz kraj przejęli komuniści. Byliśmy już wtedy rozbrojeni, więc przestano się z nami liczyć.

Trafiliśmy do obozów po amerykańskich lotnikach. Najgorsze dla nas było to, że zapędzono nas tam do pracy, razem z niemieckimi jeńcami wojennymi! Tych z nas, którzy się buntowali wpychali do więzień. Zdarzało się nawet, że Anglicy w tych więzieniach torturowali naszych byłych żołnierzy. Tacy to właśnie byli „przyjaciele”.

 

D.M.: Kiedy Pan wrócił do Polski ?

M.S.: Ja wróciłem we wrześniu 1947 roku. Brat, który powrócił do Polski, trochę wcześniej napisał mi list, w którym przedstawił obraz kraju, że od razu nie zamykają do więzień, że można jakoś żyć. Z jednej strony bardzo chciałem wrócić, ponieważ służenie jako parobek w Wielkiej Brytanii było dla mnie odrażające, ale z drugiej strony bałem się, że mnie komuniści zamkną w więzieniu po powrocie, bądź ponownie ześlą na Sybir.

Jak się w końcu zgłosiłem na wyjazd do kraju w ambasadzie polskiej w Londynie, to załadowali mnie na statek i popłynąłem ku Polsce. W połowie drogi wyszedł na przemówienie jakiś gubernator angielski i zaczął propagandę o dobroci angielskiej. Odcięliśmy mu jednak mikrofon i nie daliśmy dokończyć, ponieważ doskonale pamiętaliśmy jak nas potraktowano. Dopłynęliśmy do Gdyni. Gdy wysiadłem i zobaczyłem całą nędzę: zniszczone miasto, brudnych robotników to pomyślałem „Po co ja tu przyjechałem? Co teraz będzie?”

Wsadzono nas do baraków, które niegdyś służyły jako obozy przejściowe dla wysiedlanych Niemców. Panował tam straszny bród, smród i zwyczajnie syf… a niektórzy z nas wracali z żonami angielskimi, z dziećmi. Przeprowadzono nam tam rewizję, ale jeszcze wtedy nas nie szykanowano. Mnie najbardziej dokuczało jednak to, że znów byliśmy traktowani jak jeńcy wojenni. Pilnowali nas „żołnierze ludowi”, chociaż ja to bardziej bym nazwał „bandą ludową”. Jakiś człowiek jak mnie zobaczył z orzełkiem w koronie przypiętym do piersi to kazał mi upiłować koronę, ponieważ nie można było wtedy już nosić tego symbolu.

Pamiątki pana Mariana Szpaka z 2. Korpusu.
Pamiątki pana Mariana Szpaka z 2. Korpusu.

 

D.M.: Gdzie Pan się udał po przybyciu do Polski ?

Matka moja wraz z młodszym bratem powróciwszy z Kazachstanu w ramach repatriacji osiadła w Szczecinie. Przez znaczną część wojny miałem z mamą kontakt listowny. Jak dotarłem na dworzec w Szczecinie spotkałem przypadkowo kolegę z Armii Andersa, który akurat zmierzał na zieloną granicę – uciekał z Polski. Spytał się mnie, czy się z nim zabiorę, musiałem jednak odmówić, ponieważ, nie widziałem się jeszcze nawet z rodziną, a już bardzo tęskniłem. Wróciłem zatem i osiadłem w Szczecinie. Myślałem, że skoro w tylu ciężkich sytuacjach sobie poradziłem to i tutaj sobie poradzę.

D.M.: Czy komunistyczna władza w jakiś sposób represjonowała Pana ? Czy odczuwał Pan jakieś szykany ze strony komunistów ?

M.S.: Na każdym kroku odczuwałem szykany ze strony samozwańczej władzy komunistycznej. Zawsze, gdzie tylko mogli to wytykali mi, że jestem „andersowiec” – tak zwracali się ci bardziej grzeczni, starzy komuniści, czy też karierowicze partyjni nazywali mnie „parszywym andersowcem”. Ja pracowałem jako kierowca w cementowni, to wielu partyjnych woziłem na ich zebrania. Często z nudów przysłuchiwałem się ich rozmowom. Bardzo często obrażano wtedy byłych żołnierzy Andersa, który jak z przekąsem mówili „na białym koniu nie powróci!”. Również przy przydzielaniu miejsc na studia, jak ktoś był „andersowcem” to nie miał się co starać o dostanie się, nawet jeśli się znakomicie uczył. W pracy natomiast trzeba było fałszować swój życiorys. Nie mogłem wspominać, że ojciec został zamordowany przez sowietów. Na Sybir nie byłem deportowany tylko „ewakuowany”. Czasami to jednak nie wystarczało, przykładowo starałem się o pracę w portowej firmie Baltonie. Miałem już przedzielony samochód i praktycznie byłem zatrudniony, nie doniosłem jedynie życiorysu. Jak kadrowa otrzymała mój życiorys (w którym nie mogłem ukryć, że byłem za granicą w armii), zaniosła go szefowi, a ten przyszedł i stwierdził, że chwilowo nie potrzebują nowych pracowników. Niestety….

 

D.M.: Czy może Pan podać jakiś moment w historii PRL kiedy szykany osłabły ?

M.S.: Do czasu dojścia Gomułki do władzy cały czas trwały szykany, a później zdecydowanie osłabły. Między innymi dostałem się do tej portowej Baltony, bez większych zastrzeżeń… jednakże, jako chyba jedyny pracownik nie otrzymałem zezwolenia wejścia na statki. W tej firmie przepracowałem ponad trzydzieści lat.

 

Komentarze:

komentarzy

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here