Gównonewsy w natarciu! Czyli jak media bezkarnie oczerniają i kłamią!

0
12979

Artykuł jest przedrukiem ze strony: bialyrasizm.pl – na którą Was wszystkich serdecznie zapraszam! Jeśli chcesz aby Twoje teksty ukazywały się na łamach PrawicowyInternet.pl, napisz do mnie: [email protected]

Na początku lat 90-tych, gdy byłem małym chłopcem – ukazywała się gazeta: „Skandale”. Pisano w niej takie zmyślone bzdury, że byłem przekonany, iż głupszej gazety nie da się już zrobić (dla ciekawych – nieliczne skany można znaleźć w google). Myliłem się – „Skandale” w porównaniu z dzisiejszymi mediami były całkiem fajne, bo przynajmniej można było się pośmiać. Współczesne media są skrajnie upolitycznione i już nawet nie próbują udawać, że są obiektywne. Dotychczas przedstawiały one każdą informację w sposób naciągany, przemilczając niewygodne informacje oraz naciągając te wygodne. Ostatnio jednak zauważyć można całkowicie nowe zjawisko, czyli wymyślanie nieprawdziwych „wiadomości” tylko po to, aby dosolić przeciwnikom. Brylują w tym media lewicowe, choć tym prawicowym również niekiedy się to zdarza (np. legendarny „dziadek z Wehrmachtu” Donalda Tuska).

Do napisania tego tekstu sprowokowała mnie sprawa z panią „dziennikarz” Agnieszką Kublik, która w Gazecie Wyborczej napisała, że Wojciech Mann został wezwany na dywanik przez dyrektorkę Polskiego Radia, gdzie zostały wytknięte mu rzekome „braki warsztatowe”. Momentalnie temat został podjęty przez wszystkie lewicowe media – TVN, TokFM, Natemat, Newsweek, Polityka, Wirtualna Polska, Onet, Interia i wiele innych. Stworzono swoisty viral. Do sprawy włączyły się lewicowe autorytety, które w mediach społecznościowych zaczęły nagłaśniać ten „skandal” (np. pan Zimoch – patrz foto poniżej), a kolejne dziesiątki tysięcy pożytecznych idiotów zaczęły to lajkować, udostępniać i komentować. Następnego dnia Wojciech Mann wydał specjalne oświadczenie, w którym napisał, że nikt mu nie wytykał żadnych braków warsztatowych. Pani Kublik napisała wtedy, że jacyś trzej anonimowi informatorzy wprowadzili ją w błąd i ona sama nie ma sobie nic do zarzucenia. Problem w tym, że o „brakach warsztatowych” Wojciecha Manna usłyszały miliony Polaków, a sprostowanie dotarło tylko do niewielkiego ułamka społeczeństwa.

Media, które w najbardziej eksponowanych miejscach reklamowały „braki warsztatowe” Wojciecha Manna – sprostowanie umieściły już w mało dostępnych „czeluściach”, albo w ogóle go nie udostępniły swoim odbiorcom. Od początku w tej sprawie chodziło oczywiście o obrzydzenie ludziom rządu PiS, który rzekomo uwziął się na legendarnego dziennikarza radiowego (pomijam już to, że Mannowi zdarzyło się przeklinać na antenie, krytykując utwór, który sam puścił, prawdopodobnie będąc pod wpływem alkoholu). Sprawa ta pokazuje, że w dzisiejszych czasach w Polsce można w mediach napisać jakiekolwiek kłamstwo, dla bezpieczeństwa powołując się na anonimowych informatorów, których tożsamość objęta jest tajemnicą dziennikarską.

Tomasz Zimoch na pejsbuku reklamuje rewelacje GW o „brakach warsztatowych” Wojciecha Manna. 4000 polubień, 460 udostępnień, 100 komentarzy. Gdy wyszło na jaw, że to kłamstwo – nie przeprosił, ani nie usunął tego wpisu.

Zresztą nawet, gdy nie ma pośrednictwa „informatorów” – sprawy sądowe potrafią ciągnąć się w nieskończoność. Niecałe 2 miesiące temu Gazeta Wyborcza przeprosiła Antoniego Macierewicza za napisanie nieprawdy – chodziło o artykuł z… 2008 roku. 3 lata trwał proces (2008-2011), a kolejne pięć lat (2011-2016) Gazeta zwlekała z opublikowaniem przeprosin, więc już nikt nie pamięta czego ta sprawa dotyczyła. Innym razem ta sama Gazeta nazwała Grzegorza Brauna faszystą. Pech chciał, że akurat trwała kampania wyborcza (pan Grzegorz był kandydatem na prezydenta), więc proces odbył się w „trybie wyborczym” (wyrok w tym trybie musi zapaść maksymalnie w przeciągu 48 godzin). Sąd orzekł, że Grzegorz Braun faszystą nie jest, a Gazeta ma go przeprosić. Gazeta więc napisała przeprosiny, a obok nich napisała artykuł, w którym uzasadniono, że Gazeta nie zgadza się z tym wyrokiem i nie wycofuje się ze słów o faszyście. Sprawy te pokazują, że w Polsce można de facto napisać dowolne bzdury o kimkolwiek i nic poważnego za to nie grozi. Co najwyżej po trzech latach procesu i kolejnych pięciu latach zwłoki umieści się przeprosiny, a obok nich napisze, że redakcja się z nimi nie zgadza, wyrok był motywowany politycznie, a gazeta jest obiektem ataku reżimu na wolność słowa. Według mnie wolność słowa w Polsce jest nadużywana, bo dzięki bezkarnemu szkalowaniu medialnemu można zniszczyć wizerunek każdego. Wyróżniłbym cztery poziomy szkalowania wizerunku przeciwnika politycznego, w zależności od „kalibru” publikowanych bzdur:

Poziom 1 – Podpisując się własnym nazwiskiem, stosując środki ostrożności

W ten sposób można bezkarnie zrobić lekkiego „gównonewsa”, najeżonego stekiem kłamstw, zabezpieczając się swego rodzaju lingwistycznymi wytrychami, np. „miał”, „niewykluczone, że”, „mógł”, „być może” itd. Ważne, żeby nikogo wprost bezpodstawnie nie oskarżyć, ani nie obrazić (aby po 8 latach przypadkiem go nie przeprosić). Przykłady na tego typu „gównonewsy” to praktycznie wszystkie teksty takich „dziennikarzy” jak Tomasz Lis, Tomasz Piątek, Wojciech Maziarski, Jacek Żakowski.

Poziom 2 – Pośrednik „bezpośredni”

Jeżeli „dziennikarz” w swoim gównotekście chce zawrzeć fałszywe oskarżenia lub pomówienia, które mogłyby znaleźć finał w sądzie – stosuje on anonimowego (najczęściej zmyślonego) informatora, którego personaliów nie ujawni, zasłaniając się tajemnicą dziennikarską. Wtedy w przypadku zarzutów o pisanie nieprawdy „dziennikarz” tłumaczy się, że „informator” wprowadził go w błąd, a on sam nie miał złych intencji. Pierwszy przykład to opisywana sprawa Agnieszki Kublik i „braków warsztatowych” Wojciecha Manna. Drugi przykład to obrzydliwy paszkwil Gazety Wyborczej na pierwszą damę, Agatę Dudę, zatytułowany: „Pierwsza dama tańczy sama”, gdzie autorka Małgorzata Niemczyńska stosuje „informatorów”, których nazywa: A, B, C, i D. Gdy na Niemczyńską spadła fala krytyki za napisanie tego tekstu – Gazeta broniła jej, mówiąc, że po prostu jej informatorzy byli słabej jakości, więc pretensje należy kierować do nich, a nie do Niemczyńskiej (oczywiście do dziś nie wiadomo, kim byli A, B, C i D). Z tej metody bardzo często korzysta też antykatolicki tygodnik Joska Urbacha: „Nie”.

Poziom 3 – Pośrednik „niezależny”

Jeżeli zlecone jest obrzucenie kogoś totalnym gównem, pod którym nawet pijany Maziarski nie będzie chciał się podpisać, a cała redakcja mogłaby za to beknąć w sądzie – używa się wtedy pośrednika „niezależnego”. Wiodącym z nich jest pejsbukowo-twitterowy profil: „Sok z Buraka”. Tam nikt nie podpisuje się z imienia i nazwiska, nie ma też adresu korespondencyjnego, a pejsbuk bardzo promuje i chroni ten profil przed ciekawskimi. Gówniane memy „Soku z buraka” znajdziemy w mediach Agory, Tomasza Lisa czy KODu. W/w media promują te buraczane treści, ale w razie zagrożenia procesem mogą powiedzieć, że oni to tylko wkleili z zewnętrznego źródła, a pretensje należy kierować bezpośrednio do „Soku z buraka”, którego adres i właściciel jest tajny, a oni nie wiedzą kto to jest (chociaż doskonale to wiedzą). Inny przykład to program „Tomasz Lis na żywo”, gdzie prowadzący, wspólnie z pseudoaktorem Tomaszem Karolakiem atakowali córkę Andrzeja Dudy (za rzekomy jej wpis, który pochodził z fałszywego konta) na kilka dni przed decydującą turą wyborów prezydenckich. Dla uwiarygodnienia swoich rewelacji podparli się autorytetem innej stałej bywalczyni programu – Agnieszki Holland. Na szczęście w tamtym przypadku sprawa bardzo szybko została wyjaśniona, a efekt finalny był odwrotny do zamierzonego (Komorowski z tego wszystkiego przejechał na pasach zakonnicę w ciąży).

Poziom 4 – Podwójny pośrednik „niezależny”

Najgorsze możliwe „gównonewsy”, takie jak oskarżanie przeciwników politycznych o ciężkie przestępstwa czy wkładanie im do ust skandalicznych słów, których nigdy nie wypowiedzieli – mogłyby narazić na wyrok nawet „Sok z buraka”. Dlatego, dla zachowania bezkarności należy wtedy zastosować wielokrotne pośrednictwo, czyli łańcuszek z kilku elementów. „Gównonewsa” publikuje się wtedy ze świeżego konta na portalu społecznościowym. Tę publikację udostępnia jakiś „Sok z buraka”, to udostępnienie następnie prezentuje się w Gazecie Wyborczej, a na koniec mówią o tym w „Faktach” w TVN, powołując się na Gazetę Wyborczą. Wtedy w przypadku kłopotów winę zwala się na tego „piętro niżej” – ten z „parteru”, który to stworzył, jest zupełnie nieosiągalny, gdyż zrobił to z profilu „Jan Nowak”, założonego w kawiarence internetowej lub z wykorzystaniem serwera proxy.

Osobną kategorią są pseudo-satyryczne strony, gdzie wszystkie wiadomości są zmyślone, takie jak „Asz dziennik” Tomasza Lisa czy „Faktoid” Michnika. Niby z góry wiadomo, że podawane są tam same bzdury, ale w społeczeństwie nie brakuje idiotów, którzy często wezmą to na poważnie.


System pośredników świetnie sprawdza się w oddaleniu od siebie winy za podanie nieprawdziwej informacji. Jest takie mało znane prawo Murphy’ego, brzmiące: „jeżeli winne są więcej, niż dwie osoby – wtedy nikt nie jest winny”. Podobnie jest zresztą w branży finansowej – największe korporacje świata przechowują i piorą pieniądze w rajach podatkowych, ale dzięki systemowi spółek pośredniczących – udaje im się ukrywać przychody przed fiskalizacją.

Jak starałem się wyjaśnić – Polskie sądownictwo jest bezradne wobec „gównonewsów”, które „osłaniane” są przez anonimowych, tajnych pośredników. Odpowiednio się zabezpieczając – można podać w mediach dowolną bzdurę wobec dowolnej osoby. W tych sprzyjających warunkach proceder produkcji „gównonewsów” rozwija się w zastraszającym tempie. Nasze sądownictwo jest nietknięte od czasów PRL (gruba kreska Mazowieckiego), pełno tam postkomunistów, więc lewicowe media rozzuchwaliły się na potęgę – wiedząc, że nic im nie grozi za produkowanie „gównonewsów”. Nie było moim celem skupianie się na mediach lewicowych, jednak to one przodują w „gównonewsach”. Media prawicowe po prostu nie muszą nic zmyślać, ponieważ nie brakuje im realnych tematów, dotyczących oczerniania swoich przeciwników politycznych (np. liczne wpadki Komorowskiego, infoafera, afera taśmowa, afera hazardowa, Amber Gold, afera reprywatyzacyjna, akta z szafy Kiszczaka etc.) Media lewicowe nie mają tego komfortu, więc siłą rzeczy muszą kreować „gównonewsy”, bo przecież nie będą wiecznie pisać o martwym koniu żony perkusisty Rolling Stones. Jeżeli jednak jakimś cudem politycy opozycji staliby się porządnymi ludźmi, to jestem przekonany, że media prawicowe także na potęgę zaczęłyby tworzyć „gównonewsy”. Dlatego zalecam podchodzić z dużym dystansem do każdej wiadomości, która uderza w konkretną opcję polityczną, zwracając uwagę na to, od kogo wyszedł źródłowy komunikat. Najlepiej dotrzeć do najbardziej pierwotnego źródła, bo najgorsze są interpretacje i publicystyczne omówienia.

Szkoda, że Polska to nie Stany Zjednoczone. Tam za podawanie „gównonewsów”, uderzających w konkretne osoby grożą kary, liczone w milionach dolarów (nie jak w Polsce – pseudoprzeprosiny po 8 latach, milimetrową czcionką na 17 stronie, a obok informacja, że redakcja się z tym nie zgadza). Tłumaczenia, że anonimowy informator był nierzetelny – nikogo tam nie interesują. Jeżeli bezpodstawnie szkalujesz drugiego człowieka lub rozpowszechniasz nieprawdziwe informacje – musisz sięgnąć do portfela, najczęściej bardzo głęboko. Prosta zasada: piszesz gówno – płacisz dolary. Jednakże Stany Zjednoczone również nie są wolne od „gównonewsów”, ale tam proceder działa na nieco innych zasadach, o czym w drugiej części.

RacimiR, 16.12.2016

Komentarze:

komentarzy

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here