Chcę zapytać posłów rządowej większości, czy powierzyliby politykowi opozycji prawo do zamrożenia konta wydawcy ich ulubionej gazety, zanim sprawę zbada sąd. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to dlaczego taką władzę ma otrzymać Marcin Kierwiński? Właśnie w tej kolejności decyzji widzę największe zagrożenie dla wolności słowa w druku sejmowym nr 3003.
Co bank zrobi dzień po ogłoszeniu decyzji?
Wyobraźmy sobie tygodnik, który właśnie zamknął numer. Drukarnia czeka na przelew. Tymczasem w Biuletynie Informacji Publicznej pojawia się decyzja szefa MSWiA o wpisaniu wydawcy na listę sankcyjną i zamrożeniu jego pieniędzy. Zgodnie z art. 8 ust. 7 i art. 9 ust. 2 projektu w wersji komisji decyzja staje się wykonalna następnego dnia. Tygodnik ma prawo złożyć skargę. Samo jej wniesienie nie odblokuje rachunku. Drukarnia może tymczasem oddać termin innemu klientowi. Nawet jeśli sąd ostatecznie przyzna redakcji rację, czytelnik tego numeru w kiosku nie znajdzie.
Za ten wybór odpowiada rząd Donalda Tuska. Ministerstwo Spraw Zagranicznych przygotowało projekt wdrażający unijną dyrektywę o karaniu za naruszanie sankcji. Polski rząd dodał do niego odrębną, krajową podstawę wpisu na listę w związku z obcą ingerencją informacyjną. To polski Sejm zdecyduje, czy minister będzie mógł na tej podstawie sięgnąć po pieniądze wydawcy przed kontrolą sądu.

Kto pierwszy oceni dowody?
W druku nr 3251 komisje wprowadziły ważne zabezpieczenia. Artykuł 4 obejmuje inicjowanie, prowadzenie, koordynowanie lub finansowanie operacji informacyjnej w interesie objętego unijnymi sankcjami państwa, osoby lub podmiotu. Organ musi wykazać ryzyko rzeczywistego i poważnego zagrożenia. Projekt chroni publikowanie opinii, pracę dziennikarską i ujawnianie informacji w interesie publicznym. Wyjątek dotyczy świadomego i rzeczywistego udziału w takiej operacji.
I tu zaczyna się mój spór z rządem. Jeżeli minister błędnie uzna publikację za element obcej operacji, konsekwencje tej oceny poniesie od razu redakcja. W dodatku art. 8 ust. 6 pozwala ograniczyć uzasadnienie decyzji ze względu na bezpieczeństwo państwa lub porządek publiczny. Wydawca znajdzie swój wpis na publicznej liście, ale może nie poznać wszystkich powodów wpisu. Jak ma szybko odeprzeć taki zarzut wobec czytelników i kontrahentów?

Ile materiałów zniknie jeszcze przed emisją?
Projekt przewiduje także do 20 mln zł kary administracyjnej m.in. za złamanie zakazu nadawania lub ułatwiania emisji treści podmiotu objętego odpowiednimi sankcjami UE. W tym przypadku karę nakładałby naczelnik urzędu celno-skarbowego. To osobny przepis. Kwota nie jest karą za sam wpis na listę ani za krytykę rządu.
Wolność słowa można jednak ograniczyć również wtedy, kiedy nikt jeszcze nie zapłacił kary. Wydawca programu o zagranicznej propagandzie musi zdecydować, czy pokazać widzom fragment nagrania i wyjaśnić, jak skonstruowano manipulację. Jeśli ze strachu przed sporem z urzędem wytnie ten fragment, widzowie stracą możliwość samodzielnej oceny materiału. Taka autocenzura nie zostawi nawet śladu w urzędowych statystykach.
Dlatego sprzeciwiam się przyjęciu projektu w tym kształcie. Chcę, aby dowody uzasadniające odcięcie wydawcy od pieniędzy zbadał niezależny sąd, zanim redakcja straci dostęp do rachunku. Takiej gwarancji powinien domagać się każdy, kto czyta gazety krytyczne wobec władzy. Każdej władzy.
Po drugim czytaniu projekt wrócił do komisji. Wniosek i poprawki mają rozpatrzyć 5 listopada o godz. 11.00.
Tekst przepisów omawianych w artykule zawiera sprawozdanie komisji sejmowych z 21 października 2026 r. (druk nr 3251, PDF). Ilustracje przygotowano z użyciem AI.

















