Kiedy duża impreza polityczna o randze międzynarodowej dzieje się w Polsce (np. ubiegłoroczny szczyt NATO), to potrafimy ją świetnie zorganizować i zabezpieczyć, a przy tym nikt nie próbuje wywołać zamieszek. Kiedy duża impreza polityczna jest organizowana na zachodzie Europy (np. dzisiejszy szczyt G20 w Hamburgu), to można być więcej niż pewnym ostrych burd na ulicach, zniszczonych sklepów, rozlewu krwi i wielu aresztowanych. W tym kontekście mówienie o istotnych różnicach na tle cywilizacyjnym nie jest niczym przesadzonym.
Poniższe zdjęcia chyba dość dosadnie obrazują różnice między współczesną Warszawą a Hamburgiem. Donald Trump mógł się w Polsce tu czuć zupełnie bezpiecznie, mógł się spotkać z ludźmi, a szczyt Trójmorza nie był przez nikogo zakłócany. W Hamburgu panują zupełnie inne nastroje. Z uwagi na szczyt G20 witryny sklepowe są zabijane dyktami, policja tłucze się na ulicach z protestującymi, a o przemówieniach do wielotysięcznej publiki w ogóle nie ma mowy.
Jeżeli Polska jest na skraju faszyzmu, to na skraju… czego są Niemcy? #Hamburg #G20 pic.twitter.com/EdaRVyyk3L
— Dariusz Matecki (@DariuszMatecki) 8 lipca 2017
https://www.youtube.com/watch?v=cXDww3fWfoc
Między Warszawą a Hamburgiem jest dzisiaj spora różnica cywilizacyjna. I w zdaniu tym nie ma nic przesadzonego:
















